— Łapcież go! — i sam rzucił się w stronę drzwi, by udaremnić ucieczkę.

Ale Jan zabiegł mu drogę, zamknął drzwi, oparł się o nie plecami i całując Krystyna prosił:

— Panie kasztelanie! Ojczulku kochany. Nie przytrzymujcie go! Kiej sam się wynosi, kiej oddaje zamek, to i dosyć. Wszak o to nam chodziło. Niech go Pan Bóg sądzi!

Kasztelan Krystyn po chwili wahania machnął ręką i rzekł dobrotliwie, choć nie bez niechęci:

— Ha! Kiedy sam tak chcesz, to niechże sobie jedzie na złamanie karku. Wszelako dobrze by było sprawdzić, czy ten rabuś naprawdę wyjeżdża.

— Tak, to trzeba zobaczyć — potwierdził Jan i otworzywszy drzwi, pierwszy wyszedł na dziedziniec. Za nim żwawym krokiem podążyli inni.

Zyndram siedział już na koniu, gotów do drogi.

— Kto wierny, ten za mną! — zawołał i ruszył w stronę bramy.

Spomiędzy żołnierzy i chłopów, licznie zgromadzonych na dziedzińcu, mało kto się ruszył, ledwie kilkunastu ponurych obdartusów, związanych z panem złą przeszłością, co żywo dopadło koni. Minęli bramę. Już most tętnił pod nimi. Wtedy tłum ruszył z dziedzińca i zwyczajem gawiedzi chciał zrobić sobie z uciekinierów pośmiewisko. Na moście zaczęto gwizdać, niektórzy już chwytali kamienie, aby je cisnąć na gromadkę zjeżdżającą z żegnanieckiej góry. Ale Jan wszedł między pospólstwo i głosem włóczka, który umiał porywać tłumy, zawołał rozkazująco:

— Dajcież mu spokojnie wyjechać. To brat mojego ojca!