A wezwanie to, wówczas pierwszy raz wypowiedziane, powtarzało się odtąd bez końca, tak w niebie, jak i na ziemi.
Epilog
Dzień był ciepły, choć pochmurny. Gdzieś daleko za wzgórzami musiał spaść ulewny deszcz, bo fala rzeźwiejszego powietrza musnęła wierzchołki borów. Z każdą taką falą przychodził coraz bardziej przenikliwy zapach lasu. Od zachodu chmury się nieco przerzedziły i na ziemię przedarła się pręga słonecznego światła. Wnet naprzeciw, od wschodu, pokazała się tęcza. W to tajemnicze, fascynujące zjawisko zapatrzył się podróżnik, który jechał brzegiem Iłżanki. Jego rosły jabłkowity wierzchowiec przywykł do świątecznych pochodów, bo nie stąpał, ale raczej płynął pod granatowym kropierzem, którego barwne ozdoby, naszywane na kształt mozaiki, zdradzały wenecką robotę.
Jeździec był starcem posuniętym w latach. Jego głowę otaczała wąska obrączka przerzedzonych włosów. Brwi miał jeszcze ciemne i bardzo ruchome, jak zwykle u człowieka, który lubi rozkazywać spojrzeniem, nie słowem. Bo też to musiał być pan możny, dostojnik dzierżący władzę w swych mocnych rękach. Orszak podążający za nim był prawdziwie pański; zwinne giermki, usłużni powiernicy, sokolniki, koniuszowie i mnóstwo pacholąt, a wszyscy, choć w podróży, ubrani niezwykle bogato. Trzymali się kilka kroków za panem, bacząc na każde jego skinienie. Ale pan nie oglądał się, nie dawał żadnych znaków; jechał z wolna, opuściwszy cugle. Mimo sędziwych lat siedział prosto. Srebrne czuby jego obuwia wywijały się hardo ze złocistych strzemion. Czerwona, podbita niebieskimi lisami szuba szeroko się rozchylała, odsłaniając wydętą pierś, na której kołysał się ciężki krzyż. U czapki z kosztownego futra sterczało czaple pióro przypięte karbunkułem. Piwne oczy wpatrzone w tęczę, a potem w krajobraz, który słał się poniżej, błyszczały jak drogocenne kamienie. Bo ten krajobraz nasuwał podróżnemu szereg wspomnień, bardzo dalekich, zamglonych i dziwnych, jakby karta wydarta z innego żywota.
Na tle ciemnych lasów stanęła przed nim góra uwieńczona zamkiem o pięciu basztach. Wszystko tak samo, jak przed laty! Przed iloma laty? Trudno się doliczyć... Widział to miejsce w swojej młodości, nawet dwukrotnie; raz kwitnące blaskiem i dostatkiem, drugi raz w rumowiskach i zgliszczach.
A teraz, wszystko tak samo jak za pierwszym razem. Żółta droga wijąca się w dolinie, wysadzana jak niegdyś drzewami. I owa ośmiokątna baszta z białą wieżyczką, i ów ganek w mlecznym kamieniu wyżłobiony wisiał po dawnemu na kształt półokrągłej kropielnicy.
Podróżny podjechał bliżej, a na orszak skinął, dając znak, żeby na niego zaczekał. Jeden wszakże stary koniuszy, który nigdy nie odstępował pana w drodze, pojechał za nim i teraz. Pod lasem pan zsiadł z wierzchowca, w milczeniu rzucił koniuszemu cugle, a sam dość raźno, choć nie bez trudu, puścił się wężykowatą drogą prowadzącą do zamku.
Na głównej baszcie nie było już chorągwi ani strażnika, za to pod bramą stał pieniek ze skarboną. Wyżej wysuwała się z muru figura świętego Hioba176. Siedział on tam w kamiennej wnęce, pod gotyckim daszkiem, z oczami wzniesionymi ku niebu, z rękami boleśnie wyciągniętymi ku drodze, jak gdyby wzywał pomocy przechodniów. W jego twarzy, w jego całej postaci, choć może zanadto wychudzonej, był ten cudowny wyraz cierpienia, który tak wspaniale potrafili oddać ówcześni mistrzowie. Most był spuszczony, brama stała otworem. Podróżnik wszedł na most, bramy wszelako nie przestąpił. Nie szukał też nikogo, nie chciał o nic pytać. Tylko przeszłość obchodziła go tutaj, a tę przeszłość znał dostatecznie...
Nagle jego oczom ukazał się starszy mężczyzna z twarzą szlachetną i przyjemną, odziany we franciszkański habit i drewniane sandały.
— Kogo szukacie, dobrodzieju — zagadnął franciszkanin. — A nie można by czym wam usłużyć?