Maciek otworzył wyłupiaste oczy.
— Adyć to prowda.
— Puśćże ją do licha i uciekaj.
— A jakoż ja pona dogunię, kiej1205 ulica pełniusieńka narodu?
— A już nie o gonienie tera rzecz, jeno trza im się wypsnąć1206. Już ja cię tak dobrze schowam tu w mojej komórce, że i sam kat cię nie wynajdzie. Puść i zmykaj, bo jak cię złapią, a wezmą na pytki1207, to ci będzie ciepło.
Maciek zrozumiał na koniec rozpaczliwość swego położenia. Choć żal mu było ustępować z pola walki, roztworzył ręce i wnet na ulicy rozległy się ogromne śmiechy. Lina, niespodzianie puszczona, obsunęła się, warcząc, i Kuba chlupnął o taras całym ciężarem swojej pulchnej osoby.
Przygoda ta jednak nie ochłodziła jego żarliwości. Owszem1208, zawołał:
— A widzita! Już łotr się mnie boi, kiej puścił. Ale ja go nie puszczę! Gdzie mój bieret? Hej, dawajta mój bieret!
Podano mu szafirowy beret, który zgubił w upadku. Nadział go z fantazją na ucho i znów zaczął piąć się pod górę, wygłaszając przechwałki:
— Oho! Nim tamci na dach wylezą, ja go tędy przycapnę. Abo to ja raz już wyłapywał złodzieje?