Ale Maćka już nie było na dachu. Fruzia co żywo go zepchnęła, drabinkę mu rzuciła, sama też wnet znikła i klapę zatarasowała za sobą na wewnętrzne haki; w domu bowiem tak porządnickiej, a razem i tak lękliwej osoby, jaką była samotna wdowa, wszelkie wejścia i otwory miały szczelne zamknięcie.
Już też i był czas na ucieczkę.
Właśnie Kornelius i chłopcy czeladni wynurzyli się z innej klapy, wyciętej w dachu Bursztynowego Domu.
Ukazanie się ich na wysokościach zostało przywitane z ulicy wielkim okrzykiem tryumfu.
Kuba tylko jeden zmartwił się ich wtargnięciem na plac boju, gdzie koniecznie chciał dotrzeć pierwszy. Wobec gracji zdumionych jego widokiem zawisł na wpół drogi w powietrzu, namyślając się, czy dalej ma pokazywać, jak jest nieustraszenie wierny swojemu powołaniu, czy też może już drugim ustąpić wieńca zwycięskiego.
W tej niepewności krzyczał:
— A cóż?! Macie go tam?
Kornelius i chłopcy biegali po tętniącym dachu jakby oparzeni. Zaglądali w kominy: nie ma nic. Rzucili okiem na sąsiednie dachy (oba dużo niższe), a nie widząc tam ani drabin, ani żadnych śladów ucieczki, zachodzili w głowę, gdzie się podział ów niepochwytny złoczyńca. Kornelius przesunął szyję między zakrętami dwóch esów i pytał:
— Czy zlazł po linie? Bo tutaj go nie ma.
Pomiędzy publicznością powstał śmiech szalony. Coraz więcej świec latało w oknach, coraz więcej ludzi tłoczyło się na gankach, podziwiając przemyślność złodzieja.