W tej chwili przyciszonego zdumienia rozwarły się drzwi sąsiednie; wybiegła z nich pani Flora cała w bieliźnie, z rozpuszczonymi włosami, jak osoba ze snu wyrwana. Toczyła błędnym wzrokiem i pytała:
— Co to? Napaść? Ogień? Co?
Majster Johann przechylił się z jednego tarasu na drugi.
— Nieszczęście — rzekł. — Hedwigę mi porwał. Nie ma jej!
— Co gadasz waszeć? Wszakżeś sam ją zamknął? Którędy?
— Którędy! Którędy! — powtarzał z gniewnym uniesieniem. — Wszyscy to samo! Którędy? Ano tamtędy!
Pani Flora podniosła niewinne oczy.
— Wolne żarty, panie rajco. A toć kobieta nie węgorz. Jakżeby tam przeszła?
Sto głosów ją poparło.
— My też to wszyscy gadamy.