— Gadajcie sobie, a ja co wiem, to wiem. Po co by ta lina wisiała? Hę?
W tej chwili Kornelius wypadł z domu, wołając:
— Na dachu go nie ma. To jakiś mądry złodziej...
Pan Schultz położył mu rękę na ramieniu.
— Słuchaj, to nie prosty złodziej. On wykradł — Hedwigę.
Kornelius chwycił się za włosy.
— Aha!... — wymówił przez zaciśnięte zęby. — To on! A gadałem! Jezuity porwały ją do klasztora.
— Bydlę z ciebie, Kornelius. Wiem ja, do jakiego to klasztora, wiem! Do Władysławowa.
Pani Flora struchlała. Dla odwrócenia uwagi pana majstra zaczęła krzyczeć i mdleć.
Ale majster ani zważał na nią. Chodził po ganku jak dziki zwierz po klatce, machając rękoma i bijąc się w czoło.