Gdy znikli za wysokim wałem, burmistrz wydał ostatni rozkaz:

— Nie podnosić jeszcze mostu, hej! Czekać mi tu z kluczami, aż nazad1246 przejadą!

Po czym sam do miasta zawrócił, ale zatroskany, nierad, że się wdał w tę sprawę, jechał wolno, ze spuszczoną głową. Za to jego ludzie pędzili coraz szybciej, porwani zawrotnym biegiem pana Schultza, który leciał na wyścigi z wichrem szalejącym po roztworzystych1247 polach.

Ach, ten wicher! On to swoim szumem sprawił, że Kazimierz nie dosłyszał dosyć wcześnie tętentu nadbiegającej pogoni.

Bo przestrzeń między nim a pogonią już z każdą chwilą się zmniejszała.

Wszystko, co zaszło w mieście od znalezienia liny, trwało w rzeczywistości nierównie krócej niż w opowiadaniu. Wszystko to gruchnęło jakby rotowy ogień — toteż uciekający jeszcze i mili nie ubiegli, a już pogoń przebywała bramę.

Jednakże gdyby pan Kazimierz był ciągle pędził z tą samą lotnością, z jaką rozpoczął swoją podróż, byłby pewnie pozostał niedościgłym1248. Ale on po niejakim czasie pofolgował nieco koniowi, a raczej — wyznajmy — swemu sercu.

Ach, jakże nie spojrzeć czasem na te lica, które tulą się do jego łona?! Jakże nie zamienić choć kilku słów szczęścia? Jakże nie uszczknąć choć kropli nektaru1249 z tych ustek, co szepczą tak słodkie wyznania?

Te cienie chmur migotnych1250, te puste pola, te wichrzyste1251 szumy — wszystko ich otoczyło taką samotnością, że im się wydało, jakby na całym świecie już nie było nikogo prócz nich dwojga — jakby lecieli w nieskończoność, gdzie nic im się nie oprze i nic ich nie zatrzyma.

Nagle Hedwiga wychyliła się i zapytała: