IX. Cudowne odkrycie
Nazajutrz Dom Bursztynowy pozostał długo zamknięty, zaklęty, niedostępny...
Już od rana, co prawda, krążyły głuche wieści o jakimś tragicznym zakończeniu nocnej przygody. Wszakże nikt nie wiedział na pewno, co się stało. Z ganków i okien sąsiednich kamienic setki oczów1275, setki uszów1276 zwracały się tam nieustannie dla podchwycenia jakiejś oznaki lub odgłosu. Kupki przechodniów stały z głową zadartą, wpatrując się w kamienny pierścień. Ale pierścień był ciągle pusty, w żadnym z okien nikt się nie pokazywał, żaden jęk ani krzyk, ani najlżejszy nawet szmer nie dochodził z wnętrza i choć niektórzy znajomi poruszali kołatką, nikt im nie otwierał. Już kumoszki zaczęły szeptać, że majster Johann wszystkich pozabijał i sam się powiesił.
Dopiero po południu dobiła się tam pani Flora, która zawsze i na wszystko miała swoje sposoby.
Trochę popukawszy, zaczęła wołać:
— Mina, otwieraj! Bo ja niesę1277 dryjakiew1278 dla pana konsula.
Zaraz klucz zgrzytnął, drzwi troszkę się uchyliły, wyjrzała z nich przerażona twarz Miny. Wdowa tak zgrabnie wparła się w tę szparę, że sługa musiała ją wpuścić do sieni, ale natychmiast drzwi na powrót zamknęła.
— Meister1279 nie każe nikogo puszczać i okrutnie sierdzi się1280, co tam tyle narodu stoi. Ach! — mówiła dalej, podnosząc do nieba ręce.
— Ach! Co się to u nas porobiło!
— Czy Meister leży?