— A tak, my takie. Ale u mężczyznów1343 rzecz inaksza. To sobie wacpanna zapamiętaj, że chłop na podwikę1344, jak myśliwiec na zwierzynę; im ona więcej ucieka, tym on łapczywszy na nią. I niekoniecznie dla onej zwierzyny, jeno dla samej wojny. Nieraz widzi się wielkiego pana, ba! i króla, co goni za lichą sarną abo się boryka z niedźwiedziem. Wszak ci jemu nie chodzi o pieczyste ni futro, mógłby posłać swoje strzelce i mieć i to, i to, jeno jemu chodzi o batalię1345 i o wiktorię. Oni wszystkie takie. Nawet i ten twój pan Kazimierz, czyby on się tak palił, gdyby nie miał tyle trudnościów1346? Ale temu dyskursowi1347 dajmy pokój, bo, jako widzę, już u wacpanny znowu płacz bliski. Pogadajmy jeno, co trza robić.

— Tak właśnie. Co ja mam nieszczęśliwa teraz robić?

— Nic, jeno dyplomatyzować1348. Ja będę trzymała pana Schultza w tej perswazji1349, jako wacpanna, straciwszy swego chłopca, dasz się powoli namówić na stateczniejszy związek. Ty tedy opłakuj sobie pana Kazimierza dosyć głośno, aby wierzył, że tamten zabit, a znów nie tak strasznie głośno, aby go irytować. I namyślaj się, i odmyślaj, stukaj w paluszki, jak to zwykle dziewka, co się droży1350 ze swoją personą1351, i tak ciągnij od niedzieli do niedzieli, byle przeczekać.

— Dobrze. A potem co?

— No, potem, jak pan Kazimierz wyzdrowieje, to się pobierzecie.

— Jakim sposobem? Znów uciekać? A nuż się znowu nie uda?

— Oho, ho! Niby to nie ma stu sposobów? Mamy czas do medytacji1352. Nie bój się wacpanna, już moja w tym głowa.

— Złota głowa i złote ręce u wacpani, dobrodziki mojej. Czemże1353 ja to odpłacę?

— A po co płacić? Małoż to dla mnie delicji1354 w cudzych szczęśliwościach? Tedy wszystko będzie dobrze. Jeno teraz mi się wacpanna kapeczkę ogarnij, bo wyglądasz jak półtora nieszczęścia.

— Cóż chcesz wacpani? Jak mnie pan majster w nocy prosto z konia cisnął tu na ziemię, tak i ostałam do tej chwili w czystej desperacji1355.