— Pojrzyj no jeno wacpanna w lusterko, czy ty nie podobna do upiora, co póty krew chlupał, aż cały poczerwieniał?

Panienka zerwała się z kobierca i stanęła przed ośmiokątnym, weneckim zwierciadłem, którego kryształowe ramy świeciły na i ścianie tysiącami gwiazdek.

— Olaboga! — zawołała. — Jakoweż1356 ze mnie straszydło!

Skoczyła do niskiej półki, gdzie migotała srebrna miednica z nalewką1357, zaczęła obmywać twarz i ręce, obmuskiwać roztargane włosy i z tą młodocianą rzutkością, co w jednej chwili przechodzi od bólu do wesela, to podskakiwała, to podśpiewywała, powtarzając:

— Kiej pan Kazimierz żyw, to trzeba być jeszcze do ludzi podobną.

Pani Flora, która siadła tymczasem na krześle, przestrzegała:

— Jeno bez tych przyśpiewków i jubilacji1358; nie przepominaj1359 wacpanna, że pan Kazimierz zabit i że masz po nim płakać.

— A prawda, prawda, trza płakać, acz się już i nie chce. No, a teraz i sukienczynę zwlekę, bo ta krew już mi cuchnie do mdłości. Wiesz wacpani, ten mętlik już się na nic nie zda, chyba na fartuchy dla Miny. Mała szkoda, feralna to była szatka. No, a z tej krezeczki to już jeno strzępki.

— Musiał cię porządnie pan rajca natargać...

— Ojoj, okrutnie! Jużem się dławiła jako ten wisielec. Żeby kreza nie była prysła1360, to byłby mię zadusił na śmierć.