Ale zaledwie tych troje weszło do pokoju uwięzionej, wnet ozwał się stamtąd głos Hedwigi tak mocny i rozkazujący, jakiego pani Flora nigdy jeszcze u niej nie słyszała.

Po chwili drzwi rozwarły się z trzaskiem, wyleciał z nich Kornelius blady i pomieszany, a Hedwiga, stanąwszy na progu z wyciągniętą ręką, wołała:

— Precz stąd, czeladniku! Jako to ty śmiesz wchodzić do panieńskiej komory? Precz z moich oczu, ty zbóju, ty podły tchórzu, co ludzie1380 napastowasz1381 po kryjomu! Co strzelasz na nich z tyłu!

Kornelius obrócił się ku niej zzieleniały i wycedził przez zaciśnięte zęby:

— A jakoż to ja miał strzelać inaczej, kiedy z przodu wacpannaś go zasłaniała swoją personą? Byłby ja i wacpannę przestrzelił.

— A to byłbyś dobrze uczynił. Już bym na twoją szpetną figurę nie patrzała.

To mówiąc, ręką wciąż wyciągniętą wskazywała mu schody, a gniew jej tak przeraził Korneliusa, że chwycił się oburącz za głowę i zaczął na dół uciekać, wołając:

— Już ja zgubion u niej na zawdy! Na zawdy!

Ona tymczasem podniosła oczy żałosne, ale złagodniałe, na zdumionego majstra i kłoniąc mu się do kolan, mówiła:

— Panie ociec... panie ociec...