Majster przygryzł sobie usta.

— Po co to gadać? Wiesz przecie, frajlein, jako ja tobie nie ociec.

— Ja nie chcę tego wiedzieć i będę zawdy respektować1382 pana majstra jakoby oćca, boć waszeć mi był przez mendel1383 lat benefactorem1384. Persekwuj1385 mię waszmość, ile chcesz, bij mię nawet, jeśli ci to miło, wszystko przeniosę1386 bez sarkania1387, jeno mi za dozorcę wieży nie dawaj onego pachołka, bo takich despektów1388 ja już nie przeniosę.

To rzekłszy, wypchnęła Minę i ślusarza i drzwi za sobą zatrzasnęła.

Pan majster zdumiony milczał, tymczasem pani Flora, wciągnąwszy go do przeciwległej komnaty, mówiła natarczywie:

— A co? Jak z waszecią spokorniała? Jak się pięknie zasubmitowała? Dajże już waszeć pokój tym głupim kratom i tyraniom. Do kogo już ona teraz ma uciekać, kiedy tamten zabit? I po co złe języki budzić? Już i tak całe miasto krzyczy na pana konsula, że katujesz dziewczynę.

— A niech sobie krzyczy. Co mi to szkodzi?

— Oj, szkodzi! A jakby się waszeci zachciało wyjść na burgemeistra, to wszystkie katoliki przypomną ci te ekscesa1389 i zakrakają waszeciną elekcję.

Majster, zachwiany wymową pani Flory, wychylił głowę na korytarz i kilku słowami odprawił ślusarza. Gdy na powrót ku niej się obrócił, wdowa patrzyła na niego z czarowną czułością.

— Waszeć — rzekła — masz serce wspaniałe jako lew. Kiedy tak, to ja dla waszeci jeszcze coś lepszego zrobię. Po tym wszystkim, co tu przypadło, już nie godzi się, aby dziewczyna mieszkała pod jednym dachem z waszecią, dopóka się nie pobierzecie. Ja tedy ją wezmę do mojej kamieniczki, na mój respons. Niech tam siedzi aż do szlubu.