Państwo młodzi znów przyklękli przed matką dla odebrania jej darów i nowy okrzyk obecnych potwierdził wyrażone przez nią życzenie.

Jeden tylko pan Kazimierz milczał.

Na to imię „Krysia”, które kilka razy doleciało już jego uszu, myśl nowa, dziwna, przestrzelista zaświtała w jego pojęciu. Przez chwilę stal osłupiały, niesłyszący pochwał ani pytań, jakimi go wciąż oblegano, aż nagle rzucił się ku pannie młodej, chwycił ją gwałtownie za rękę i zapytał zdławionym głosem:

— Tak to więc na imię wacpani Krystyna?

— A jakże. Na chrzcie świętym dano mi Krystyna. Jedyna też to rzecz, co mi się ostała po moich biednych, zatraconych rodzicach. Ale pozwól waszmość...

To mówiąc, wstawała od nóg starościny i usiłowała wyciągnąć swoją rękę z rąk pana Kazimierza. Tymczasem ten, zamiast puścić, coraz mocniej ściskał i coraz natarczywiej pytał:

— Jeszcze... jeszcze... Ile wacpani lat miałaś, jak cię z domu wzięły pogany?

— Ach, Boże! Co to waszmość może obchodzić?

— Gadaj wacpani, ja chcę wiedzieć, ja muszę wiedzieć...

— Ano, coś tak trzy czy cztery... Wszak prawda, pani matko?