— Czysta prawda — potwierdziła starościna. — Wyglądała na czterolatkę i już wcale dobrze gadała.

— Na miłość boską! — wołał pan Kazimierz głosem coraz bardziej wzruszonym. — To właśnie jak nasza Krysia. Bo trza wiedzieć wacpaństwu, żem i ja w onym dziecinnym jasyrze utracił siostrę, co zwała się Krysia i miała kole czterech latek, i nigdy my jej nie mogli odszukać.

— Czy może to być? — odparła panna młoda, którą także wzruszenie zaczęło już ogarniać.

— Cztery lata — powtarzał Kazimierz. — Toć można już coś pamiętać. A waszmość, pani Krystyno, nic nie pomnisz1560? Jak cię zwali ci rodzice? To miejsce, gdzie siedzieli?

— A Boże mój! Żebym ci ja była wiedziała, toby mię pani starościna była zaraz do nich odwiezła1561. Ale mały dzieciak takowych rzeczy nie wie.

— I nic nie wspominasz sobie, nic?

— A juści, pomnę różne rzeczy, jeno takie, co się na nic nie zdadzą.

— A może się i zdadzą. Proszę jeno, powiedaj, bo ze mnie dusza chyba wyjdzie...

— Owóż tedy — mówiła panna młoda powoli, przesuwając ręką po czole — pomnę panią matkę, że była cieniuchna...

— Tak, tak, była subtelna i niewysoka.