— I kiedy chciał go złapać, przegibnął się1565 przez cembrunek1566 i już leci w dół, ale to taki był mądry, że złapał się liny od wiadra, a jak my, dzieci, zaczęły krzyczeć, tak się ludzie zlecieli i wyciągnęli go z wiadrem, aż pan ociec go po twarzy poklepał i powiedział: „A toś mi zuch, niech cię Turek zje!”

— Boże miłosierny! — krzyczał pan Kazimierz, chwytając się za głowę. — Słyszycie, wacpaństwo? A toż powieda rzeczy takie, o jakich nikt na świecie nie wie, jeno ja! To Krysia!

I znów oplatał ją uściskiem aż twardym od gwałtowności. Po chwili puścił i runął do nóg starościny.

— Święta nasza pani! Tyś nam ją zasalwowała! Niechże cię Bóg nagrodzi!

Starościna długo nie mogła odpowiedzieć, bo ze szczęścia znów zanosiła się od płaczu. Na koniec, kładąc rękę na głowie młodzieńca, rzekła:

— Już nagrodził mię, już nagrodził przez ciebie, mój złoty chłopcze! Wszak ci tyś mi zasalwował Marysię.

I znów lała te słodkie łzy, w których z wolna tonęły wszystkie jej dawne bóle. A i w błękitnych oczach pana młodego także coś przeświecało jakby szklące się krople. Krysia nie płakała. Nigdy ona do łez nie była skora, tylko w oczach jej głęboko robiły się łyskania1567 i w piersiach podniesionych serce biło młotem.

Teraz ona chwyciła ręce Kazimierza i pytała z rodzajem struchlenia:

— Mówże! Rodzice żywe? Bracia żywe?

— Pan ociec żyw, dzięki Bogu. Pani matka... ach, Pan Bóg dawno ją wziął do swojej chwały. O, czemu też to nie dożyła? I Stasio, i Adaś też. Śpią oba na stepach, gdzie kości położyli w srogich potrzebach1568 z poganinem. Zawsze gadali, jako idą pomścić się za Krysię. A tymczasem ona żywie! Ach, co to pan miecznik, pan ociec powie, jak obaczy?