Pan Kazimierz zamienił ze starościną kilka cichych słówek, po czym odpowiedział:

— Uczciwać1589 to historia, nie ma czego się wstydać1590, jeno bym ja wolał, aby ją kto jenszy recytował, bo to zawdy nieprzystojna1591 własnym akcjom świadczyć.

— Nie zważaj, waszmość, jeno powiedaj! — okrzyknięto dokoła. — Dalej! A nic nie łykaj, czyń narrację ab ovo1592. Kiedy Pan Bóg cię tu przysłał akurat dziś, to widocznie chciał, aby my wszyscy cię słyszeli.

Dano znak muzyce, która wnet przycichła, i pan Kazimierz zaczął opowiadać swoje poznanie się z panem Schultzem i panną Hedwigą i wszystkie przygody wynikłe z owej znajomości. Z początku nieco się plątał, gdyż usiłował jak najmniej mówić o sobie, ale prędko spostrzegł, że to będzie rzeczą niemożliwą; jego udział w tych wypadkach był zanadto wielki, ażeby mógł być pominięty. Przestał się więc krępować i z żołnierską szczerością wypowiadał słuchaczom swoje oburzenia na majstrowe zaloty, swoją chęć wykradzenia ofiary i jej wstydliwy opór, potem jej uwięzienie na poddaszu i nadpowietrzne1593 porwanie.

Przyrodzona fantazja, prawdziwość uczucia i żyjące świadectwo dawały tym obrazom tyle ruchu i gorącości, że cała sala zawisła na jego ustach. Mężczyźni przytakiwali mu wykrzyknikami:

— Tęgoś1594 waszmość się spisał!

— Licho bierz Niemce i Ollendry!

— A to mi peregrynacja1595 per obłokam1596!

Panny zaś po kątach aż piszczały z radości, a w duchu zazdrościły tej pannie, co była dosyć szczęśliwa, aby przechodzić tak piękne nieszczęścia.

Cóż dopiero, kiedy opowiadacz jął malować bitwę na pustym polu, odbicie ofiary i swoją rzekomą śmierć. W całej sali zrobiło się cicho jak w kościele.