— Jak najrychlej! Jak najrychlej! — odkrzyknęli wszyscy i rzucili się ku pani starościnie z kielichami w rękach, z życzeniami na ustach. Kapelmistrz, widząc to poruszenie, dał znak na drugą fanfarę i wnet moździerze znów huknęły.

Pani starościna chciała dziękować słowem i uśmiechem, ale oczy jej łzami nabiegły. Kieliszek, ledwie tknięty, postawiła na powrót i zdławionym głosem odrzekła:

— Oby tylko ta nieboraczka doczekała onego uwolnienia! Oby tymczasem lutry nie zabrały jej w nowy jasyr!

— Nie turbujcie się1635, pani matko — rzekł pan młody, chyląc się do jej kolan i całując jej ręce. — Zaraz jutro ze słonkiem wyjedziem co tchu, co tchu, a nim się lutry opatrzą, już ona u twoich nóg będzie leżała.

Pani starościna uścisnęła głowę synowską, ale nic nie odrzekła.

Za to ledwie usiadł, panna młoda pochyliła się ku niemu i szepnęła mu jakieś tajemnicze słówko.

Usłyszawszy je, pan młody poczerwieniał, zwrócił na małżonkę oczy i odpowiedział głosem, którego wybuchów nie mógł od wzruszenia zupełnie przyciszyć:

— Jakoż to może być, moja panno? Ledwieś mi przysięgła przed ołtarzem, a już mię odpuszczasz od siebie?

Pani starościna, dosłyszawszy te wyrazy, nachyliła się ku młodej parze i spytała z uśmiechem:

— Co to, moje dzieci? Już kłótnia małżeńska? Dalibóg, zaczynacie wczas.