Maciek chwilę pomilczał, poskrobał się w głowę, na koniec zrozumiał i rymnął do nóg pańskich. Wszakże nadzieja pana Kazimierza została omyloną1679, nie roześmiał się bowiem, ale znów zaczął płakać, gdzie tam płakać? Ryczał z radości.
Potem wyleciał jak szalony i po chwili wyprowadzał na dziedziniec osiodłanego bułanka1680.
Nie był tam pierwszym1681. Konie stały już okulbaczone, tylko jeszcze przytraczano do nich węzełki podróżne, zwłaszcza broń rozmaitą, w którą nasi rycerze chcieli się na wszelki wypadek dostatnio zaopatrzyć; wprawdzie sami jej nie przywieźli, bo na wesele zjechali tylko przy szablach, ale pan rotmistrz dostarczył jej suto. Każdy, co chciał, wybierał, i pachołkowi swojemu oddawał. Potem panowie, jak stali w swoich świetnych strojach, dosiedli rumaków i gdy pan Kazimierz wybiegł, już pito strzemiennego1682.
Wszystko wyglądało godowo.
Dziedziniec był zatłoczony wieśniakami, którzy porzucili tańce i wieczerzę, aby się przyjrzeć niespodzianemu odjazdowi pana młodego. Ogrodzenie, brama, droga do kościoła — wszystko płonęło od beczek i kagańców1683. Kapela wyszła na ganek. Wyjechała tam i starościna, za nią wysypał się cały orszak weselny z białą Krysią w pośrodku1684.
Pan rotmistrz wyszedł ostatni, lecz zanim nogę włożył w strzemię, wrócił się raz jeszcze na schody, porwał żonę w objęcia i głośno ją wycałowawszy, zawołał:
— Nie zapomnijże mnie, moja panno!
Krysia nie broniła się tym razem, oddała mężowi uściśnienie1685 i odparła śmiało:
— Będę na pana mego czekała w strapieniu, jakoby wdowa, i da Bóg, rychło go pozdrowię w radości, jako wierna sługa.
Wielkie okrzyki potwierdziły to małżeńskie pożegnanie, kapela huknęła, dano jeszcze salwę z moździerzy i wśród tej wrzawy świątecznej ruszyło małe wojsko: przodem panowie, za nimi szereg hajduków, kozaczków i przeróżnych pachołków, niby obozowych ciurów1686.