— O! I znowu się gapią... I to nawet jakoweś mościpany. A wżdy i tych trza przepędzić.

Tak mruczał Kuba Grubasek, spostrzegłszy kupkę ludzi zgromadzonych przed Bursztynowym Domem. Byli to widocznie przyjezdni, jacyś panicze polscy, dorodni, pełni buty i pomimo przedpołudniowej pory odświętnie przystrojeni. Niebieskie i czerwone ich wyloty1692 migały w powietrzu jakby proporczyki, bo rękami podniesionymi pokazywali sobie w górze okrągłe okienko i powtarzali z wykrzykami podziwu:

— Jakoż to? Onym oczkiem? Nie może być.

— A wszelako było.

— Istne mirabilium1693!

Grubasek, onieśmielony wspaniałością przechodniów, przystąpił pokornie i kłaniając się, mówił:

— Mości panowie! Śmiem upraszać... aby kużden szedł jako chce... jeno aby tu nie stoić...

— A to znów co za eksorbitancje1694? Co ty, Kuba, mnie myślisz rozkazować?

Słowa te wyrzeczone gromkim głosem wyszły z samego środka gromady i przed oczami Kuby ukazał się ani mniej, ani więcej, tylko sam burmistrz Freimuth.

— O Jezu! A skąd ja mógł wiedzieć, że i pan burgemeister tutaj? Wybacz, wasza dostojność, przepraszam uniżenie, aleć ja muszę tu ład czynić, bo pan Schultz okrutnie poryża1695 na to, że mu przed oknyma zawdy kupa ludzi przystawa i wydziwia nad onym utrapionym okienkiem. Już mu — powieda — kamienica obrzydła. Owóż kazał mi politycznie one kupy rozpędzać. Ja tedy dziesięć razy na dobę tędy chadzam, a zawdy kogo zdybię i mam z tego sto nieprzyjemnościów, bo abo zdybani mię obiją, abo pan Schultz mię wygrzmoci. Rób, co chcesz, zawdy bieda.