Widok tylu wchodzących zdziwił go i zaniepokoił, a najwięcej go zdumiało przybycie burmistrza, który po zabiciu Kazimierza mocno się z panem Schultzem przemówił1718, wyrzucał mu narażenie Urzędu Gdańskiego na niełaskę królewską, przepowiadał mu zemstę całej Wodnej Armaty, łajał go za twarde obejście się z Hedwigą i od owej rozprawy już nogą nie postał w Bursztynowym Domu.

Teraz pan majster, widząc go w towarzystwie samych ludzi młodych i wojennych, pomyślał sobie:

„Oho! Jest owa wróżona zemsta. Cała Wodna Armata na kark mi się zwali. Zła sprawa, i to jeszcze w sam przeddzień hymenu”.

Nie pokazał jednak żadnego zmieszania, wstał powoli z patrycjuszowską wspaniałością i, rękę o stół oparłszy, czekał na wybuchnięcie burzy.

Tymczasem zamiast burzy czekało go zupełnie co innego.

Pan Freimuth, słodko uśmiechnięty, szedł ku niemu z otwartymi objęciami, jedną ręką dłoń jego ścisnął, a drugą klepał go po ramieniu i mówił:

— Kochany rajcusiu! Stary amikusie1719! Przynoszę ci złote nowiny! Ale to szczerozłote!

— Co takiego? — pytał jeszcze nierozchmurzony majster.

Pan burmistrz, pokazując młodzieńca o błękitnych oczach, rzekł z niejaką dumą:

— A najprzód, oto jest imci pan starościc Władysław Nałęcz, rotmistrz chorągwi pancernej, brat panny Hedwigi.