Pan Schultz i teraz jeszcze nic nie odpowiedział. Stał nieruchomy ze zmarszczonymi brwiami, czasem usta nieco roztworzył, po czym znów je zaciskał coraz twardziej. Czy odbywała się w nim jaka walka? Czy tylko na złość tak przetrzymywał ciekawość słuchaczy? Trudno to było zgadnąć. Na koniec podniósł oczy, spojrzał po wszystkich drwiąco i mówił, cedząc słowa:

— A i owszem. Panna starościanka pojedzie do mutterki1739, jeno wprzódy upraszam waszmościów, abyście jutro wszyscy raczyli asystować na moim weselu.

Po tych słowach zrobił się w komnacie szmer złowróżebny. Pan Władysław chwycił za rękojeść szabli, przystąpił gwałtownie do rajcy i zapytał głosem, w którym drgało źle przytłumione oburzenie:

— Więc to prawda? Waszeć się żenisz? I z kim, jeśli wolno wiedzieć?

Pan majster wcale się nie zmieszał.

— Z kim? Zara się to pokaże. Ja moją przyszłą żonkę sam waszmościom zaprezentuję. Czy tu jest Mina? Co ty tam tak stoisz jak ten słup do podpierania drzwiów? Chodź no tu.

Mina, cała drżąca, weszła do komnaty i palcem wskazując na pana Kazimierza, zapytała półgłosem:

Herr Meister, co to jest?

— Jak to: co? Czyż nie widzisz? To imci pan Korycki, stara znajomość.

— On? Wszak ci on był zabit? Czy to upiór?