Twarz pana Schultza wyraziła szczere zasmucenie i z ust jego już wydarły się żałosne słowa:

— O Korneliusie, nie róbże mi...

Ale w tej chwili spotkał spojrzenie pani Flory, a spojrzenie musiało być bardzo wymowne, bo nagle zamilkł i zakłopotany opuścił oczy, z czego można było wywnioskować, że trafiła kosa na kamień i że trzęsący dotąd wszystkim pan majster odtąd już będzie tylko czeladnikiem u pani majstrowej.

Kornelius, przez nikogo nieprzytrzymywany, rzucił na Hedwigę jadowite spojrzenie, zwiesił głowę i z wolna opuścił komnatę.

Po jego wyjściu wszyscy lżej odetchnęli, jakby po zniknieniu czarnej chmury, a gdy jeszcze na rozkaz pani Flory (która właściwie już od kilku tygodni rządziła Bursztynowym Domem) podano przednie wina i zakąski, serca nieco się rozjaśniły i z przyjemnością, nawet prawie z zapałem, wypito zdrowie jutrzejszych nowożeńców.

Nazajutrz istotnie od rana pan Schultz poślubił panią Florę, która otrzymała mnóstwo pysznych1771 podarków tak od męża, jak i od znajomych, a zwłaszcza od swoich dwóch najlepszych przyjaciół: pana Kazimierza i pana Władysława. Dla tych dwóch ostatnich był to najlepszy sposób niejakiego wywdzięczenia się panu konsulowi, który z nieprzepartą wyniosłością nie chciał wchodzić w żadne rachunki z panem starościcem ani sobie dał mówić o kosztach łożonych na odchowanie Hedwigi.

— Nie, nie, keine1772 gadanie — odpowiadał. — Niechże ja już na zawdy ostanę „dobrodziejem”.

Sam więc nic nie przyjął, ale upominków dla żony nie mógł w żaden sposób odmówić, bo pani Flora przyjęła je skwapliwie, tym skwapliwiej, że teraz, wchodząc przez męża do patrycjatu miejskiego, mogła już na koniec nosić i drogie tkaniny, i rzeczywiste klejnoty.

W południe odbył się u pana Schultza obiad, na którym Mina wystąpiła z arcydziełami kuchmistrzostwa. Jednak pomimo darów i przysmaków między zgromadzonymi ciągle jeszcze panowała niejaka sztywność. Było do niej kilka powodów, najprzód obecność pastora, zajmującego poczesne miejsce u stołu, mroziła świeżo przybyłych gości, którzy jeszcze nie przywykli do gdańskiej mieszaniny wyznań; a przy tym w każdej rozmowie potrącano co chwila o tysiąc szczegółów z przeszłości, przy których ci i owi wzajem się boczyli. Chłodne więc, iście purytańskie, było to wesele.

Dopiero wieczór ostatnie lody stopniały w Artushofie, gdzie na wniosek burmistrza Freimutha Gilda1773 Świętego Krzysztofa wyprawiła ucztę dla państwa rajcostwa.