Pan Kazimierz pochwycił skwapliwie ten przedmiot, co przed chwilą spoczywał na jej łonie, i ucałował go z podwojonym nabożeństwem.
— I wacpanna zawdy to nosisz?
— O, zawdy! Już się sznurek przetarł, że ledwie dyszy, ale ja nie kładę nowego, bo to ten sam, uważże wasza miłość, ten sam, co mi tam kładły rodzice pewnie dufający391, jako mię ta świętość zasalwuje392.
— Aha! I pięknie zasalwowała! — podchwycił szyderczo pan Schultz.
— Aj, nie gadajcie tak, dobrodzieju. Zasalwowała, i jak jeszcze! Wszak cim ja nie ostała393 u Tatarów, jeno u dobrodzieja chowam się po chrześcijańsku.
Tu pochyliła się do kolan rajcy, a ten, głaszcząc ją po głowie, mówił:
— Ej ty, ty, łasico, ty zawdy umiesz wszystko miodem posmarować!
Widząc tę pieszczotę, chociaż zupełnie ojcowską, pan Kazimierz zacisnął pięści pod stołem i miał ochotę powiedzieć panu majstrowi coś przykrego. Na szczęście w tejże chwili powróciła Mina niosąca piękną szkatułę z drewnianej mozaiki o brązowych listwach i antabach.
— Widzisz waszmość — rzekł gospodarz — jako to moja Dorotea miłowała naszą Hedwich, te nawet oto jej gałganki chowała, niby jakie świętości, w swoim najlepszym sepeciku.
Tu podniósł wieko i pan Kazimierz zobaczył najprzód sukienkę z niebieskiego teletu394, naszywaną drabinkami ze złotych pasamonków, obrzeżoną u dołu i u góry sutym namarszczeniem ze złotych koronek, czyli, jak wówczas nazywano, forbotów. Sukienka była długa niby worek, ale maleńkie rozmiary staniczka395, drobniutkie otwory na szyjkę i rączki dowodziły, że nosząca je dziecina nie mogła mieć więcej nad sześć do ośmiu miesięcy. Pod sukienką leżała koszulka jeszcze drobniejsza, cała zahaftowana mnóstwem flamandzkich wszywek i obszywek, niegdyś białych, dziś od zleżenia mocno zżółkłych.