— A kto ją wie? — odrzekł majster. — Ona nigdy nie może na miejscu spokojnie usiedzieć. A i ty, Kornelius, czego tak stoisz jak ten słup, co drzwi podpiera? Siadajże na swoim Ruhe440, Trzeba wiedzieć waszej miłości, jako my tu mamy nasze miejsca na zawdy nominowane441. Ja siaduję tu pod złotym oknem i ten kąt zwie się: Vaterstuhl442. Moja Dorotea siadywała tuż kole drzwi, aby łacno443 mogła dopaść kuchni, to my zwali jej ławę „na tymczasem”. Hedwich na swoim zydelku — my gadamy „na skrzydełku”, bo wiecznie lata. No, a tam, po drugiej stronie drzwiów, ten drugi kąt ławy — to Kornelius Ruhe, bo Kornelius tam nic nie gada, jeno siedzi jak mruk i wzdycha za swoim Amsterdamem. A grzeszy chłopak; dziękowałby Panu Bogu, że jest w mieście tak zacnym i sławnym jak nasz Dantzig444. Gadaj no, Kornelius, u was tam nie ma takich złoconych i rzezanych domów ani takich beischlagów, co?

— Prawda, panie majster, beischlagów nie ma, aleć za to u nas w Amsterdamie niech jeno człowiek wsadzi w okno głowę, a już cały dycha słonością wiatrów morskich, a tu co? Ani wie, że jest kole morza.

— Gadaj, co chcesz, już ja tam wolę nie mieć słoności w gębie, a dychać naszą aurą, co jest mocna i słodka jakoby Goldwasser445. On mi się zawdy chwali ze swymi Amsterdamami, Rotterdamami, Harlemami446, a ja powiedam: pierwsze miasto w świecie — Dantzig. Czy nieprawda, powiedz sam waszmość?

Kazimierz się uśmiechnął.

— Żeby nie Kraków, tobym dał waszeci rację.

— Wasza miłość nie byłeś w Amsterdamie? — zapytał Kornelius.

— A byłem. Gdzieżem ci ja nie był? Ze mnie wielki nawigant447. Jeno powiedam: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Z tej racji też i waści, panie czeladniku, nie ganię, że chwalisz swoje Amsterdamy. Każda liszka448 swój ogon chwali. Niechże Amsterdam będzie ogonem wszelakich miast świata.

Kornelius, który słabo jeszcze pochwytywał odcienia449 polskiej mowy, zamyślił się, nie wiedząc, czy ma na te słowa odpowiedzieć uśmiechem, czy gniewem. W każdym razie czuł większą skłonność do gniewu. Ten gość, choć prawie nieznajomy, był mu od pierwszej chwili niemiłym. Istnieją w ludzkich sercach przeczucia.

Gdy tak sobie nieznacznie docinali, drzwi domu się rozwarły i Hedwiga powróciła, niosąc znowu tacę, nierównie mniejszą niż pierwsza, ale stokroć piękniejszą, całą wyzłocistą. Na tacce stały trzy naczynia, istne pieścidełka sztuki. Nalewka złota w kształcie ptaka, cała emaliami różnobarwnymi pokryta jakby najwytworniejsza kraska450. Przy niej stał kielich ze szkła jasnoamarantowego451, wyglądający na olbrzymi, wyżłobiony rubin; po jednej stronie był na nim wymalowany król ptaków z rozpostartymi skrzydłami, z koroną u głowy; po drugiej stronie był napis polski: „Na zdrowye!” Między kielichem i nalewką stała na złotej nóżce, mieniąca się stu kolorami opalu, wydrążysta koncha pełna malutkich marcepanów. Pan Kazimierz ze zwykłą zakochanym bystrością zauważył od razu, że wszystkie miały kształt serduszek.

Pan majster spojrzał na Hedwigę z podziwieniem i zapytał półgłosem: