W Hedwidze serce uderzyło jak u wylęknionego ptaka. Zrozumiała, że nadchodzi już chwila przełomu, ta cudowna i groźna chwila pierwszego wyznania, której czysta panieńska dusza i pragnie, i lęka się zarazem.
Cała drżąca zapytała ledwie słyszalnym głosem:
— A jakież ja waszmości mogę podać remedium883?
— Daj mi wacpanna swoją rączkę w dozgonną posiadłość884, a ja ją sobie położę na sercu i pod tą rączką jak pod mekkańskim balsamem885 rana się w ten moment zagoi.
Hedwiga, mieniąc się jak cudowny obraz, odparła już pewniejszym głosem:
— Rada bym ja to dla waszmości uczyniła, bo i miłosierdzie każe rannych opatrować886, ale decyzja nie jest w mojej mocy.
— Jeno czyjej? — zapytał, chmurząc się i brwi naciągając.
— Ano pana Schultza. Wszak ci to mój opiekun wedle prawa. Jemu waszmość się zadeklaruj.
— Nigdy! Za nic w świecie! — zawołał Kazimierz głosem nagle podniesionym. Po chwili zmiarkował swą nieostrożność i mówił znowu ciszej: — Nie można i nie godzi się. Najprzód musiałbym powiedzieć, żem nie jest wacpanny brat.
— A to i lepiej. Niechże raz już się skończy to grzeszne kłamanie.