— A toś wacpanna z mańki mię zażyła891. Po takowym słówku jakoż ja mogę się jeszcze rewoltować892. Pójdę, chociażbym wolał iść na bomby i smoki niż w pokłony do tego człeka. Co robić? Wacpanna każesz, pójdę, i to dzisia, w ten moment. Raz kozie śmierć! Niechże już wiem, co mię czeka. Jeno błagam, panno mego życia, panno mego zbawienia, choćby zrekuzował, nie odpuszczaj mię od siebie, jeno ratuj.
— Dobrze, dobrze, najprzód waszmość zrób swoje, a potem i ja zrobię, co się da.
Kazimierz spojrzał raz jeszcze na Hedwigę z niewymowną czułością i puścił się między tłumy dla odszukania pana Schultza.
Siedział on pod piecem oparty obu łokciami o stolik, na którym świeciła przed nim szklenica pełna piwa. Spostrzegłszy nadchodzącego Kazimierza, odezwał się dość wesoło:
— Co to waszmość tak żywo ze swoją panną siostrą gadałeś?
— My właśnie uradzili, abym ja się przed panem konsulem prezentował893 z wielką nowiną i wielką petycją894.
Po twarzy majstra przeleciała chmurka niepokoju.
— A!... Cóż to takiego?
— Dostał ja na koniec z domu on wyglądany respons i pan miecznik mi w nim rememoruje, jako Krysia miała już trzy czy cztery lata, kiedy ją w jasyr zabrano. Tedy to na żaden fason nie może być panna Hedwiga.
— Hm! I żeś to waszmość sam sobie tego nie rememorował, to czysty fenomen...