— Ach! moja pani, jak widzę, między nami jest nieporozumienie: ja nie mówię o tej krotochwilnej przypowiastce, którą Mickiewicz cisnął w jakimś przystępie urazy do płci pięknej i którą ochrzcił nazwiskiem biednej pani Twardowskiej; mówię o wierszu zupełnie innej wagi, innej doniosłości: miałem na myśli ową „Piosenkę dziecięcia”, „ulubioną i tyle powtarzaną razy, o zaklętym młodzieńcu przemienionym w głazy”, która stoi między „Fragmentami” z Dziadów, tymi, co zostały najpóźniej wydane; według mnie to jeden z najczystszych brylantów Mickiewiczowskiej kopalni, a jednak mało kto się dotąd na nim poznał; ten wiersz olbrzymi, gromami kuty, jest daleko mniej znany i mniej ma rozgłosu niż owa żartobliwa balladka. Może i panie go nie znacie?
Pani Marta rzeczywiście nie znała tego „Fragmentu”. Pan Cezary przerzucił parę kart swojej księgi i zaczął czytać:
Wyłamawszy zamku bramy,
Twardowski błądził wśród gmachów77,
Biegł na wieże, schodził w jamy.
Co tam czarów! co tam strachów!
W jednem78 sklepisku zapadłem,
Jak dziwny rodzaj pokuty!
Na łańcuchu, przed zwierciadłem,
Stoi młodzieniec okuty.