Historia ich taka:

Jeszcze za panowania Fryderyka Wielkiego pewna grupa „starowierów”35 emigrowała z Cesarstwa celem osiedlenia się w Prusiech. Fryderyk nie tylko ich przyjął, ale nawet pozwolił wybrać najlepsze ziemie w bezludnych naówczas puszczach. Przybysze nie omieszkali z tego skorzystać, wybierając tylko te części borów, gdzie rósł dąb. Kierując się tą wskazówką, wybrali rzeczywiście grunty najlepsze i wkrótce doszli do wielkiego dobrobytu.

Przed kilkudziesięciu laty część starowierów pruskich uzyskała pozwolenie cesarza Mikołaja I do powrotu i nawet otrzymała darmo ziemie w osadzie Sobieniach nad Wisłą, kilkanaście mil od Warszawy, gdzie dotąd przebywa. Reszta, licząca obecnie około 500 głów, pozostała na Mazurach i znaną jest u ludu okolicznego pod nazwą „kozaczków”. Jakkolwiek znają język polski i niemiecki, swojego podobno nie zapomnieli.

Droga ku Starej Ukcie prowadzi przez las, miejscami tak gęsty, że zdaje się, siekiera rzucona pomiędzy krzewy do ziemi by nie doleciała. Są to wyrosłe bujnie zagajniki, które zapewne wkrótce podlegną trzebieniu. Posuwając się dalej, pochwalamy swoją przezorność w przeczekaniu burzy we wsi, bo ona tu właśnie szalała. Musimy się posuwać bardzo ostrożnie, bo mokre i śliskie ścieżki stają się niebezpieczne, zwłaszcza przy nierównym terenie. Pomimo to żałujemy mocno, że przez ten piękny las, a raczej puszczę, nie jedziemy podczas równie pięknej pogody.

Zabłoceni i nieco znużeni, dobiliśmy nareszcie do Starej Ukty, gdzie postanowiliśmy zanocować.

Na drugi dzień rano, już po dobrej szosie, z nowymi siłami, ruszamy przez Rudczany, ponad brzegiem jeziora (stąd statki kursują do Węgoborka) i jadąc ciągle lasem, a mając po prawej stronie kolej żelazną, kierujemy się do odległego o 25 kilometrów Jańsborska.

Po drodze energia kolarska mojego towarzysza miała sposobność ujawnić się w należytym świetle!...

Słyszymy szum i świst nadbiegającego za nami pociągu. Towarzysz mój, jako siedzący na rasowym rumaku, niepozwalającym się prześcignąć, staje do próby. Rozpędza się, pozwalając jednak zrównać się nadbiegającej maszynie. Dalej pędzą razem.

Pasażerowie, zaciekawieni takim widokiem, wychylają się z okienek, powiewają chustkami na znak zadowolenia i zachęcają dzielnego jeźdźca do wytrwałości. Szosa bieży wciąż równolegle z koleją tuż koło plantu. Już tak przebiegli w zapasach do trzech kilometrów, aż maszynista snadź poczuł się dotknięty takim skandalem, podłożył węgla i pociąg, zwiększając szybkość, zmusił współzawodnika do zakończenia forsownego wyścigu.

Czytelników-kolarzy muszę jednak objaśnić, że pociągi na kolejach mazurskich bardzo szybko nie chodzą, a dobre szosy ułatwiają takie wyścigi.