— Ach, to myszy, myszy wracają! — zawołała przerażona Klara i chciała obudzić matkę, ale słowa uwięzły jej w gardle i nie mogła zdobyć się na najlżejsze poruszenie, ujrzała bowiem Króla Myszy, który wydobył się z trudem przez otwór w murze, a potem biegał po pokoju z błyszczącymi oczkami, potrząsając swymi siedmioma koronami na głowie. Ale przerażenie jej doszło do szczytu, kiedy Król Myszy potężnym susem wskoczył na mały stolik, który stał u jej łóżka.
— Hi, hi, hi, musisz mi oddać swoje cukierki, malutka, bo inaczej zagryzę twojego Dziadka... twojego Dziadka do Orzechów...
Tak świstał Król Myszy, zgrzytając zębami, a potem zeskoczył na ziemię i skrył się w dziurze.
Wypadek ten tak przestraszył Klarę, że nazajutrz wstała z łóżka niezmiernie blada i bardzo niespokojna; nie mogła niemal głosu wydobyć. Sto razy chciała wyżalić się przed matką, Ludwiką albo chociażby przed ojcem chrzestnym, ale zawsze przychodziło jej na myśl, że nikt jej nie uwierzy i że zostanie wyśmiana. Wiedziała jednak na pewno, że musi oddać cukierki i marcypany, żeby uratować Dziadka do Orzechów.
Toteż wieczorem ułożyła wszystkie słodycze na podłodze przy szafie.
Nazajutrz rano pani radczyni rzekła:
— Nie rozumiem, skąd wzięły się nagle myszy w naszym bawialnym pokoju. Spójrz tylko, Klaro, zjadły ci wszystkie słodycze!
Tak było rzeczywiście. Jedynie nadziewane marcypany nie przypadły widocznie do gustu żarłocznemu Królowi Myszy, ale pogryzł je tak, że trzeba je było wyrzucić.
Klara nic sobie nie robiła z tej straty cukierków; przeciwnie, cieszyła się niezmiernie, mniemając, że uratowała swojego Dziadka do Orzechów.
Można sobie wyobrazić przerażenie Klary, gdy następnej nocy usłyszała znowu pisk i kwik tuż obok swojego ucha. Ach, to Król Myszy zjawił się znowu! Oczy jego błyszczały jeszcze silniej niż nocy ubiegłej i jeszcze bardziej przeraźliwy pisk wydobywał się z jego siedmiu paszcz.