Niżej, wyżej!

Przyjechała wróżka młoda,

Niech różana szumi woda.

Klara przyglądała się pachnącym falom różanym, bo z każdej z nich uśmiechała się do niej prześliczna twarzyczka dziewczęca.

— Ach, niech pan tylko spojrzy, drogi Dziadku do Orzechów! — wołała Klara klaszcząc radośnie w ręce. — Niech pan tylko spojrzy. Tam, z dołu uśmiecha się do mnie cudna księżniczka Pirlipata. Ach, niech pan spojrzy!

— O, nie, najdroższa panno Klaro, to nie jest księżniczka Pirlipata, tylko pani sama! To pani własna miła twarzyczka uśmiecha się tak ślicznie z każdej różanej fali.

Słysząc to, Klara cofnęła się gwałtownie w głąb łodzi, zamknęła oczy i zawstydziła się bardzo. W tej samej chwili dwunastu małych chłopców wyniosło ją na ląd.

Znajdowała się teraz w niewielkim zagajniku, może jeszcze ładniejszym niż Las Gwiazdkowy. Wszystko w nim świeciło i błyszczało, ale najpiękniej wyglądały nieznane owoce wiszące na gałęziach; mieniły się wszystkimi kolorami tęczy i roztaczały niezwykły zapach wokoło.

— Jesteśmy w Gaju Konfiturowym — objaśnił Dziadek do Orzechów — a tam jest stolica.

Dziewczynka spojrzała w stronę wskazaną przez Dziadka. Nie, drogie dzieci, nigdy nie potrafię opisać piękna i wspaniałości miasta na puszystej murawie, które ukazało się oczom Klary. Jego mury i wieże uderzały nie tylko najpiękniejszymi barwami, lecz i kształty budowli były takie, jakich na ziemi nigdy dotychczas nie widziano. Zamiast dachów widniały na domach misternie odrobione korony, a wieże ozdobione były najpiękniejszymi wiankami z barwnych liści i kwiatów. Kiedy przechodzili przez bramę zbudowaną z makaroników4 i cukrzonych owoców, srebrni żołnierze prezentowali broń, a jakiś mały człowiek, odziany w szlafrok z brokatu, rzucił się Dziadkowi do Orzechów na szyję i zawołał: