— Ach, najdroższa panno Klaro — odpowiedział Dziadek do Orzechów — Cukiernikiem nazywa się tutaj czarownik. Wystarczy wymienić jego imię, by uspokoić największy rozgardiasz i przywrócić ludziom radość. Przed chwilą burmistrz miasta wezwał go właśnie.
Klara nie mogła się powstrzymać od głośnego okrzyku zdziwienia i największego zachwytu, stanęła bowiem przed jasnym, błyszczącym pałacem, otoczonym różowym światłem. Liczne wieżyczki pałacowe strzelały wysoko w niebo. Tu i ówdzie mury pałacu były ozdobione rozłożystymi bukietami z narcyzów, tulipanów, lewkonii i fiołków, których żywe kolory jeszcze bardziej podkreślały olśniewającą i wpadającą w różowe tony biel tła. Wielka różowa kopuła środkowego skrzydła, jak również dachy wież w kształcie piramid, usiane były tysiącami złotych i srebrnych, jasno płonących gwiazdek.
— Jesteśmy przed Pałacem Marcypanowym! — oświadczył Dziadek do Orzechów.
Klara była oszołomiona widokiem czarodziejskiego pałacu; nie uszło jednak jej uwagi, że na jednej z wież brakowało dachu i że drobne ludzkie figurki, stojące na rusztowaniu z lasek cynamonu, pracowały nad budową nowego. Zanim zdążyła się zwrócić z zapytaniem do Dziadka do Orzechów ten zaczął mówić:
— Niedawno pięknemu pałacowi groziło wielkie niebezpieczeństwo, a może nawet całkowite zniszczenie. Przechodził tędy olbrzymi Łasuch; on to właśnie odgryzł dach z tamtej wieży i zabierał się już do wielkiej kopuły, ale mieszkańcy miasta dali okup w postaci całej dzielnicy i pokaźnej części Gaju Konfiturowego. Olbrzym zadowolił się tym i poszedł sobie dalej.
W tej chwili rozległy się dźwięki kołyszącej i melodyjnej muzyki, brama pałacu otworzyła się i ukazało się w niej dwunastu małych pazików niosących w rękach pochodnie z płonących korzonków. Głowy mieli z perełek, ciało z rubinów i szmaragdów, a nogi ślicznie odrobione z najczystszego złota. Za nimi postępowały cztery damy, prawie tak duże, jak Eliza Klary, ale tak niezwykle i cudownie przystrojone, że Klara natychmiast poznała w nich księżniczki.
Damy uściskały serdecznie Dziadka do Orzechów wołając z radosnym wzruszeniem:
— O, mój książę, mój najdroższy książę! O, mój bracie!
Dziadek do Orzechów był również bardzo wzruszony; otarł łzy, które gęsto spływały mu z oczu, potem schwycił Klarę za rękę i zawołał uroczyście:
— Oto jest panna Klara, córka szanownego radcy i moja wybawicielka! Gdyby nie rzuciła pantofelka we właściwym czasie, gdyby mi nie dostarczyła pałasza emerytowanego oficera, leżałbym teraz w mogile, zagryziony przez przeklętego Króla Myszy. Czyż Pirlipata, chociaż jest urodzoną księżniczką, może się równać z panną Klarą pod względem urody, dobroci i cnoty? O, nie, powtarzam, o, nie!