— O, przypomnij sobie pani tylko marszałka luksemburskiego. Wszak prosty przypadek, że kazał sobie postawić horoskop u le Sage’a, zawiódł go do Bastylii pod zarzutem skrytobójczego otrucia! Nie, na świętego Dionizego, ani jednej godziny wolności, ani kawałeczka ucha nie chcę oddać w ręce rozszalałemu la Regnie, który najchętniej przyłożyłby nam wszystkim nóż do gardła.
— Ależ w ten sposób nieszczęśliwy Oliwier Brusson zginie niewinnie — przerwała panna de Scudéry.
— Jak to, zacna pani? — odpowiedział Miossens. — Niewinnym nazywasz wspólnika niegodziwego Cardillaca, który pomagał mu we wszystkich występkach, który tysiąckrotnie na śmierć zasłużył? Nie, rzeczywiście, jego słusznie śmierć spotka. Opowiedziałem pani istotny związek i przebieg spraw, bo przypuszczam, że bez wydawania mnie w ręce trybunału Chambre ardente będziesz umiała wykorzystać moją tajemnicę dla uratowania człowieka, którym się opiekujesz.
Panna de Scudéry była zachwycona, że jej wiara w niewinność Brussona została potwierdzona w tak nie dający się zaprzeczyć sposób. A widząc, że młody hrabia i tak wie już o zbrodniach Cardillaca, nie omieszkała mu opowiedzieć o wszystkim i wezwała go, aby wraz z nią udał się do adwokata d’Andilly. Postanowiła bowiem odkryć wszystko adwokatowi pod warunkiem zachowania tajemnicy i zasięgnąć następnie jego rady, co należałoby przedsięwziąć.
D’Andilly wysłuchał opowiadania panny de Scudéry, a potem jeszcze raz wypytywał o wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Szczególniej wypytywał hrabiego Miossens, czy rzeczywiście ma niewzruszoną pewność, że został napadnięty przez Cardillaca i czy rozpoznałby Oliwiera Brussona, jako tego, który podniósł ciało zabitego.
— Pomijając już to — odrzekł Miossens — że w jasną księżycową noc bardzo dobrze poznałem złotnika, widziałem także sam u prezydenta la Regnie sztylet, który Cardillaca powalił na ziemię. Jest to mój własny sztylet, odznaczający się przede wszystkim nader pięknym wykonaniem rękojeści. Ponieważ zaś tylko o jeden krok byłem oddalony od młodzieńca, rozróżniałem dokładnie jego rysy, tym więcej że kapelusz spadł mu z głowy, i bez wątpienia mógłbym go natychmiat poznać.
D’Andilly patrzył przez chwilę w milczeniu przed siebie; potem zaś rzekł:
— Zwykłą drogą nie można w żaden sposób uratować Oliwiera Brussona z rąk sprawiedliwości. Ze względu na Madelon nie chce odkryć morderstw Cardillaca. Ostatecznie nie ma to większego znaczenia. Nawet gdyby mu się udało udowodnić te zbrodnie przez odkrycie tajemniczego przejścia i zrabowanych skarbów, i w takim także wypadku, jako wspólnika mordercy, nie minęłaby go kara śmierci. Tak samo przedstawia się sprawa także i wtedy, gdy hrabia Miossens opowie sędziom o swojej walce ze złotnikiem. Zwłoka jest tu jedynym, o co należy się starać. Niech hrabia Miossens uda się do więzienia, każe przedstawić sobie Oliwiera Brussona i rozpozna w nim tego człowieka, który ciało Cardillaca zawlókł do domu. Wtedy pobiegnie do la Regnie’go i powie: „Widziałem, jak na ulicy Saint-Honoré zamordowano człowieka. Stałem tuż przy zwłokach, gdy przyskoczył jakiś młodzieniec, pochylił się nad trupem i widząc w nim jeszcze życie, wziął go na barki i poniósł. Poznałem, że tym młodzieńcem był Oliwier Brusson.” Takie zeznanie spowoduje powtórne przesłuchanie Brussona, konfrontację z hrabią Miossens. To już wystarczy; tortury zostaną odłożone, rozpocznie się dalsze śledztwo. Wtedy dopiero będzie czas zwrócić się do samego króla. Bystrości twego umysłu, zacna pani, pozostawiam obmyślenie sposobu, w jaki najlepiej i najzręczniej da się to przeprowadzić. Według mego mniemania byłoby najlepiej odkryć przed królem całą tajemnicę. Zeznania Brussona będą poparte tym, co powie hrabia Miossens. Ten sam wynik da się może osiągnąć przez potajemne zbadanie domu Cardillaca. Wprawdzie nie będzie to wszystko podstawą do orzeczenia sądowego, ale może spowodować rozstrzygnięcie sprawy przez samego króla, który, kierując się głosem wewnętrznym, wypowiada słowo łaski wtedy nawet, gdy sędzia musi ukarać winnego.
Hrabia Miossens zastosował się ściśle do rady d’Andilly’ego. Stało się rzeczywiście tak, jak przewidywał adwokat.
Chodziło jeszcze tylko o to, aby znaleźć posłuch u króla, a było to bardzo trudne; król bowiem, sam uważając Brussona za owego straszliwego zbrodniarza, który przez czas tak długi napełniał cały Paryż trwogą i przerażeniem, przejęty był takim wstrętem, że na samo wspomnienie o osławionym procesie wybuchał największym gniewem.