Pani Maintenon, wierna swej zasadzie, aby nigdy nie mówić z królem o rzeczach mu niemiłych, odmówiła wszelkiego pośrednictwa, tak więc los Brussona spoczywał wyłącznie w ręku panny de Scudéry. Ta po długim namyśle powzięła nagle postanowienie, które też natychmiast wykonała.

Ubrała się w czarną suknię z ciężkiego jedwabiu i w długiej czarnej zasłonie, strojna przepysznymi klejnotami Cardillaca, zjawiła się w apartamentach pani de Maintenon w czasie, kiedy król tam przebywał. W uroczystym tym stroju jej szlachetna postać nabrała tak majestatycznego wyglądu, że najgłębszy szacunek budziła nawet w gawiedzi, pędzącej lekki żywot na dworskich przedpokojach. Wszystko płochliwie ustępowało jej z drogi, a sam król zdziwiony powstał na jej powitanie i postąpił naprzeciw niej. Olśniony blaskiem, jaki rzucały wspaniałe brylanty naszyjnika i bransolet, zawołał:

— Na Boga, wszak to klejnoty Cardillaca!

Potem zaś, zwracając się do pani de Maintenon, dodał z uprzejmym uśmiechem:

— Patrz, markizo, jaką żałobę przywdziała nasza piękna narzeczona po swym oblubieńcu.

— Ależ, najjaśniejszy panie — wtrąciła panna de Scudéry, jak gdyby ciągnąc dalej żart, rozpoczęty przez króla — czyż przystałoby zrozpaczonej wdowie występować w stroju tak błyszczącym od ozdób? Wyrzekłam się już tego złotnika i nie myślałabym nawet o nim, gdyby nie stawał mi chwilami przed oczyma przerażający widok, gdy go zamordowanego tuż koło mnie przenoszono.

— Jak to — zapytał król — widziałaś pani tego nieboraka?

Panna de Scudéry opowiedziała teraz w krótkich słowach, jak przypadek zawiódł ją przed dom Cardillaca w chwili odkrycia morderstwa. Pominęła jednak chwilowo milczeniem rolę, jaką odegrał w tym Oliwier Brusson. Opisała straszną boleść nieszczęsnej Madelon, głębokie wrażenie, jakie wywarło na nią to dziecko, i sposób, w jaki wyrwała biedną dziewczynę, ku szalonej radości pospólstwa, z rąk Desgrais’go. Z coraz bardziej rosnącym zapałem przedstawiła następnie sceny z prezydentem la Regnie, z panem Desgrais, a wreszcie z samym Oliwierem.

Król, porwany potęgą najprawdziwszego życia, które płomiennie malowało się w słowach panny de Scudéry, nie spostrzegł nawet, że rozmowa zeszła na temat ohydnego procesu nienawistnego mu Brussona, i nie mógł wyrzec ani słowa. Kiedy niekiedy tylko głośny okrzyk świadczył o wewnętrznym poruszeniu. Zanim spostrzegł, o co chodzi, oszołomiony tym, co usłyszał — zanim zdołał wszystko objąć umysłem i uporządkować, już panna de Scudéry leżała u nóg jego i błagała o łaskę dla Oliwiera Brussona.

— Co pani czynisz? — wybuchnął król, chwytając ją za obie ręce i zmuszając niemal przemocą, aby usiadła na krześle. — Sprawiasz mi pani dziwne niespodzianki! Ależ to straszliwa historia. Któż może poręczyć za prawdziwość tego opowiadania Brussona, wyglądającego raczej na bajkę?