— Zeznanie hrabiego Miossens — odparła panna Scudéry — zbadanie domu Cardillaca... przekonanie wewnętrzne... ach, wreszcie cnotliwe serce biednej Madelon, które przeczuło równą cnotę i dobroć w piersi nieszczęśliwego Oliwiera!
Król miał już zamiar coś odpowiedzieć, gdy nagle szelest przy drzwiach zwrócił jego uwagę. Louvois, minister wojny, pracujący w sąsiednim pokoju, stanął we drzwiach z zatroskaną twarzą. Król powstał i idąc za ministrem, wyszedł z pokoju. Obie panie, markiza de Maintenon i panna de Scudéry, uważały tę przerwę za nader niebezpieczną. Król, raz zaskoczony znienacka, mógłby się wystrzegać, aby nie wpaść powtórnie w zastawioną pułapkę. Po upływie kilku chwil jednak król powrócił, przemierzył kilkakrotnie pokój szybkim krokiem, a potem z rękami założonymi na plecach stanął tuż przed panną de Scudéry i nie patrząc na nią rzekł półgłosem:
— Życzyłbym sobie zobaczyć tę Madelon!
— O, najjaśniejszy panie — odparła panna de Scudéry — wielkim, niezmierzonym szczęściem darzysz to biedne, nieszczęśliwe dziecię! Ach, wystarczy jedno twoje skinienie, a natychmiast ujrzysz ją u stóp swoich.
Tak szybko, jak na to pozwalały jej ciężkie szaty, pobiegła ku drzwiom i zawołała, że król chce łaskawie dopuścić przed swe oblicze córkę Cardillaca, Madelon. Potem wróciła, płacząc i łkając z zachwytu i wzruszenia.
Panna de Scudéry przewidywała podobną łaskę królewską i dlatego przywiodła z sobą Madelon, która podczas rozmowy czekała u pokojowej markizy, z krótką prośbą o łaskę w ręku, napisaną przez adwokata d’Andilly.
Po niewielu chwilach Madelon leżała bez słowa u stóp króla. Strach, zakłopotanie, trwożny szacunek, miłość i ból burzyły w jej żyłach rozpaloną krew. Twarz jej płonęła purpurą, oczy błyszczały jasnymi perłami łez, które kiedy niekiedy spadały po jedwabistych rzęsach na śnieżyste łono. Król wydawał się jak gdyby zmieszany tą cudną pięknością dziewczęcia. Podniósł ją łagodnie, a potem zrobił ruch, jak gdyby chciał pocałować jej rękę, którą trzymał w swej dłoni. Ale po chwili puścił ją i znowu wpatrywał się w piękne dziewczę wzrokiem przesłoniętym łzami, świadczącym o najgłębszym poruszeniu wewnętrznym.
Stłumionym głosem szepnęła pani de Maintenon do panny de Scudéry:
— Czy nie dostrzegasz, pani, że ta mała jest odrobinę podobna do pani de la Vallière, dawnej ulubienicy króla. Król poi się teraz najsłodszymi wspomnieniami: toteż można sprawę uważać za wygraną.
Aczkolwiek pani de Maintenon wymówiła te słowa niezmiernie cicho, król widocznie je dosłyszał. Rumieniec przebiegł mu po twarzy, spojrzał przelotnie na panią de Maintenon. Przeczytał prośbę podaną przez dziewczynę i rzekł potem miękko i dobrotliwie: