— Wierzę, moje drogie dziecko, że jesteś przekonana o niewinności twego ukochanego; ale posłuchajmy, co powie na to trybunał Chambre ardente!

I lekkim skinieniem ręki pożegnał młodą dziewczynę, która omal się we łzach nie rozpłynęła.

Panna de Scudéry spostrzegła z przerażeniem, że wspomnienie dawnej ulubienicy króla, pani de la Vallière, aczkolwiek wydawało się zrazu tak małoznacznym, zmieniło zamysły króla, skoro pani de Maintenon wymieniła jej nazwisko. Być może, król uczuł się niemile dotknięty przypuszczeniem, jakoby zamierzał surowe prawo złożyć w daninie piękności; może spotkał go los marzyciela: cudne, wymarzone obrazy, jakie już miał sobie w duszy utrwalić, rozproszyły się nagle i zniknęły wskutek brutalnego słowa. Może nie widział już przed sobą swojej ulubienicy, lecz myślał tylko o siostrze Louise de la Miséricorde (pani de la Vallière wstąpiła do karmelitanek), czyniącej pokutę i zatopionej w pobożnych rozmyślaniach.

Bądź co bądź nie można było nic innego uczynić, jak spokojnie wyczekiwać postanowień królewskich.

Tymczasem zeznania, jakie hrabia Miossens złożył przed trybunałem Chambre ardente, rozniosły się po mieście. I, jak to zwykle się dzieje, że lud prosty chętnie przerzuca się od jednej ostateczności do drugiej, tak też i teraz tego samego człowieka, którego niedawno jeszcze przeklinano jako najniegodziwszego zbrodniarza i chciano rozszarpać, zanim stanął na rusztowaniu, zaczęto żałować, widząc w nim niewinną ofiarę barbarzyńskiej sprawiedliwości. Dopiero teraz przypomnieli sobie sąsiedzi o jego nieskazitelnym dotychczasowym życiu, o miłości do pięknej Madelon, o wierności i przywiązaniu duszą i ciałem, jakie okazywał staremu złotnikowi. Całe tłumy ludu pojawiały się często w groźnej postawie przed pałacem prezydenta la Regnie’go i krzyczały:

— Wydaj nam Oliwiera Brusson! On niewinny!

Nieraz rzucano kamieniami do okien, tak że la Regnie musiał szukać schronienia przed rozjuszonym tłumem wśród zastępów konnej policji.

Minęło kilka dni, podczas których panna de Scudéry nie mogła się dowiedzieć żadnego nowego szczegółu o procesie Oliwiera Brussona. Straciwszy wszelką nadzieję, udała się do pani de Maintenon, ta jednak zapewniła ją, że król milczy o całej tej sprawie i że bynajmniej nie byłoby wskazanym przypominać mu o niej. Następnie markiza zapytała ze szczególnym uśmiechem, co porabia mała la Vallière, a z tonu jej głosu wywnioskowała, że markiza żywi w głębi duszy niechęć do sprawy, która umysł i upodobania króla mogła skierować w innym kierunku. Od markizy nie mogła się więc nadal spodziewać żadnej pomocy.

Wreszcie przy pomocy adwokata d’Andilly udało się pannie de Scudéry dowiedzieć się, że król przeprowadził długą tajemną rozmowę z hrabią de Miossens.

Dalej dowiedziała się także, że Bontems, najzaufańszy pokojowiec i wykonawca poruczeń królewskich, udał się do więzienia i rozmawiał z Oliwierem Brussonem; wreszcie, że pewnej nocy tenże sam Bontems z kilku ludźmi przybył do domu Cardillaca i długo się tam zatrzymał. Klaudiusz Patru, mieszkający na dolnym piętrze, zapewniał, że przez całą noc pukano nad jego głową i że Oliwier był przy tym stanowczo obecny, ponieważ rozpoznał dokładnie jego głos. To więc pewnym było, że król sam rozkazał badać rzeczywisty związek i przebieg sprawy; niezrozumiała była natomiast długa zwłoka w powzięciu postanowienia. La Regnie dokładał zapewne wszelkich starań, aby utrzymać w swych szponach ofiarę, którą zamierzano mu wydrzeć. To już w zarodku niszczyło wszelką nadzieję pomyślnego wyniku.