Martinière wybiegła pośpiesznie naprzeciwko panny de Scudéry, za nią Baptysta; oboje mieli twarze błyszczące radością, oboje wołali uszczęśliwieni:

— Powrócił! Wypuszczono go na wolność! O, kochani młodzi ludzie!

Szczęśliwa para padła do nóg pannie de Scudéry.

— O, wiedziałam dobrze, że tylko pani, pani jedna możesz ocalić mojego ukochanego! — wołała Madelon.

— Ach, wiara w życzliwość pani trwała niezachwianie w mojej duszy! — krzyknął Oliwier.

Oboje ucałowali ręce szlachetnej damy, wylewając tysiące gorących łez. A potem znowu padli sobie w objęcia; zapewniali, że nadziemska szczęśliwość obecnej chwili niszczy i równoważy wszystkie bezmierne cierpienia ubiegłych dni; przysięgali sobie nawzajem, że aż do śmierci nigdy się nie rozłączą.

Po kilku dniach błogosławieństwo kapłana połączyło ich na zawsze. Gdyby nie było to nawet wyraźnym życzeniem króla, Brusson i tak nie byłby pozostał w Paryżu. Wszystko przypominało mu tam straszliwe zbrodnie Cardillaca; obawiał się też, że jakiś przypadek mógłby odsłonić tajemnicę, znaną dotychczas tylko kilku ludziom, i na wieki zniweczyć spokój ich życia. Zaraz po ślubie, pożegnany błogosławieństwem panny de Scudéry, udał się ze swoją młodą żoną do Genewy. Całkowicie zabezpieczony posagiem Madelon, obdarzony szczególną biegłością w swoim rzemiośle i niezwykłymi cnotami obywatelskimi, prowadził tam żywot spokojny, beztroski. Nadzieje, które ojca łudziły aż do samego grobu, spełniły się w jego życiu.

W rok po odjeździe Brussona pojawiło się publiczne obwieszczenie, podpisane przez arcybiskupa paryskiego Hadloya de Chanvalon i adwokata parlamentarnego Piotra Arnaud d’Andilly. Donosiło ono, że pewien skruszony grzesznik pod tajemnicą spowiedzi powierzył kościołowi bogaty skarb zrabowanych klejnotów i kosztowności. Każdy, komu w ostatnich latach, aż do roku 1680, zrabowano jakąś kosztowność, szczególniej przez zbrodniczy napad na ulicy, miał się zgłosić do adwokata d’Andilly. Gdyby opis zrabowanego klejnotu zgadzał się dokładnie z którymś ze znalezionych i gdyby nie zachodziła żadna wątpliwość co do prawomocności uroszczenia, mógł odebrać swoją własność.

Wskutek obwieszczenia wielu ludzi, których Cardillac zapisał w swej liście nie jako zamordowanych, lecz tylko ogłuszonych uderzeniem pięści, zgłosiło się do adwokata i ku niemałemu zdumieniu odzyskało zrabowane sobie kosztowności.

Pozostałe klejnoty wpłynęły do skarbca kościoła Świętego Eustachego.