Rozdział XII. Ironia losu
W ślicznym saloniku Seabreakera leżała Verity Bell, osłabiona, ale uśmiechnięta. Mąż jej siedział przy niej.
Holownik skierował się z powrotem w górę rzeki, a Gold, siedząc obok kapitana, rozważał skutki wysłanego telegraficznie zarządzenia, aby policja strzegła wybrzeża francusko-belgijskiego.
W saloniku tymczasem rozgrywała się pewnego rodzaju tragedia małżeńska. Wszak małżonkowie nieledwie nie znali się jeszcze wcale.
Verity leżąc rozmyślała nad spełnionym przez siebie zadaniem. Spełniła je w zupełności. Teraz — co?
Przez na wpół zamknięte oczy długo spoglądała na Bella, zanim uświadomił sobie, że wróciła do przytomności. Zauważyła jego wychudzone oblicze — wskutek dłuższego pobytu w więzieniu — jednak zadowolone i spokojne.
— Co dalej?
Jeżeli już nie jeden raz, leżąc tak w tym saloniku, zastanawiała się nad koniecznością rozwodu, teraz myśl ta, mimo całej zgrozy, jaka ogarniała ją na brzmienie tego słowa, narzucała jej się z tym większą siłą.
Plany Comstocka Bella były za to jaśniejsze. Nigdy jeszcze Verity nie podobała mu się tak bardzo, jak właśnie teraz. Właściwie dotąd Bell nie znalazł wcale czasu, aby jej się przypatrzyć dokładniej; nawet w tej chwili myśl o wielkiej usłudze, jaką mu ona oddała przez swoje poświęcenie się dla niego, nie pozwalała mu na branie tego jej zewnętrznego przymiotu do tego stopnia w rachubę, jak to inni bogacze na jego miejscu zwykle czynią.
Verity otworzyła oczy.