— Ach — odezwała się, spostrzegając Comstocka Bella. W głosie jej dźwięczała nuta, która musiała mu się wydać niezmiernie sympatyczna.

— Panią dziwi, że mnie widzi, prawda?

Nie zdobył się dotychczas na przemawianie do niej po imieniu, nie wspominając już o „tykaniu77”. Byli względem siebie na stopie przyjacielskiej, nic poza tym.

— Nie, bynajmniej — odpowiedziała ze spokojem — lecz fakt tej pozornej naturalności jest właśnie dziwny.

Nastąpiło dłuższe milczenie, które ona przerwała.

— Mój wuj — rzekła — czy on...

Comstock Bell kiwnął smutnie głową.

— Obawiałam się tego — łagodnie powiedziała. — Biedny wuj!

— Był za młody na mój wiek — dodała po chwili — bym miała nań patrzeć jak to się zwykle patrzy na tego rodzaju pokrewieństwo, był dla mnie jednak bardzo dobry. — Oczy jej zalały się łzami. — Jestem... — Urwała, a lekki rumieniec zabarwił jej twarz.

— Jestem? — powtórzył za nią cichym, pytającym głosem.