Wyjął zegarek.
— Muszę już iść — powiedział — pan niedobrze wygląda.
— Oh, czuję się doskonale — odpowiedział Helder — cierpię tylko nieco na bezsenność.
— Winien by pan zająć się czytaniem literatury uszlachetniającej — zauważył Gold. — Radziłbym panu przeczytać bardzo ciekawe dziełko, na które zwróciłem onegdaj uwagę.
— Jaki jest tytuł?
— Kodeks policji stołecznej — powiedział Gold — jest to repertorium15 dla młodych konstablów i cieszy się niezwykłą poczytnością w sferach kryminalistycznych.
Śmiał się ze swego konceptu. Co do Heldera, nie wiedział, czy ma się śmiać, czy być przestraszonym, względnie oburzyć się.
*
Pierwszymi, którzy znaleźli się w hotelu, byli Comstock Bell i dziewczyna. Nadeszli niemal równocześnie. Przywitał ją z uśmiechem. Wyglądała poważnie i — tak mu się przynajmniej wydało — niezwykle pięknie. Wydaje się dziwne, że aż do tej właśnie chwili spotkania w wielkim palm court16 hotelowym nigdy przedtem nie myślał o jej piękności. Miał jakieś niejasne pojęcie o tym, że było w niej coś takiego, co mile bawi oko, że jej obecność stanowi pewną przyjemność i pociąga ku sobie, lecz nie zdawał sobie dotąd sprawy z tego czegoś, co ku niej pociąga i co stanowi tę przyjemność.
Comstock Bell nie żywił w sercu miłości względem żadnej kobiety, a jednak miał się oto ożenić z tą dziewczyną. Można to porównać z małżeństwem z rozsądku, o ile w ogóle istniało podobne kiedyś na świecie. A jednak było mu jakoś miło z tym, dawało mu to poczucie zadowolenia, że kobieta, która miała nosić jego nazwisko i dzielić z nim stół, a od której tak wiele zależało, była tak szczodrze obdarzona przez naturę. Nosiła zwyczajny biały kostium wełniany z lekkim odcieniem koloru lila w staniczku oraz szeroki cienisty czarno-biały kapelusik.