— Mamy jeszcze około pięciu minut do przyjścia tamtych — rzekł, prosząc ją, by usiadła. — Czy pani nie żałuje tego kroku, który pani czyni?
— Nie ma mowy o żałowaniu — odpowiedziała ze stanowczością — postanowienie, które powzięłam zeszłej nocy, jest stanowcze i nieodwołalne.
— Ja... — zaczął.
— Wiem — odparła — że pan ma mi coś do powiedzenia i że to coś będzie dla mnie straszne. Wiem, że mogę panu pomóc i że pan żeni się ze mną dlatego, że ja mogę panu pomóc, i że ja pana nie kocham ani pan mnie nie kocha. Wchodzimy w tę rzecz z otwartymi oczyma: oby się Bogu podobało, aby wyszło na dobre.
— Mogę tylko dodać do tego: amen — rzekł uroczyście. — Oto jest Gold.
Detektyw przedstawiał dziwny widok, nosił bowiem niezwykły u niego cylinder, i to o tak wczesnej godzinie porannej. Przeszli do sali stołowej. Śniadanie odbyło się najzwyczajniej w świecie: nie warto nad nim się rozwodzić. Dziewczyna nie miała wielkiego apetytu, a Comstock Bell jadł również z umiarkowaniem. Jedyny Gold, który nie miał poczucia odpowiedzialności, przy tym nie miał się żenić, jadł z całego serca. Miał bowiem doskonały żołądek i żelazne zdrowie, jak przystoi detektywowi. Wstał zresztą tego dnia już o czwartej godzinie nad ranem, o czym ani jedno z obojga współbiesiadników nie miało pojęcia.
— Dokąd zamierzasz jechać? — spytał.
— Stąd wyjeżdżam do Paryża — rzekł Comstock Bell z rozwagą — następnie udaję się do Monachium, dalej do Wiednia, może i do Budapesztu; dalsze moje kroki nie są jeszcze pewne.
— Szkoda, że palec jeszcze się nie poprawił — rzekł Gold, pokazując na zabandażowaną rękę.
Comstock Bell uśmiechnął się.