— Pan Comstock Bell — odpowiedział Parker. — Wszystkie drzwi mają yale’owskie zamki32 tkwiące tak, że trudno dojrzeć zamek. Czy pan go widzi?
Gold przyglądał się drzwiom. Były całe zrobione z różanego drzewa i, jak Parker powiedział, było niełatwo dojrzeć, gdzie wsadzić klucz. Wyjął z kieszeni latarkę elektryczną i oświetlił to miejsce. Dziurkę od klucza stanowiła cieniutka szczelina na politurowanej powierzchni drzewa. Gold poddał ją pilnej obserwacji. Znalazł mnóstwo ledwo dostrzegalnych draśnięć, które musiały być świeżej daty.
— Ten, co ostatnio posługiwał się kluczem, nie znał się dobrze na tych drzwiach — powiedział.
— Chcieliście właśnie powiedzieć, że pan Comstock Bell ma podwójny klucz?
— Tak jest, sir — potwierdził Cole.
Gold otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Nakręcił wielki guzik elektryczny i pokój zalały potoki światła. Nie było nikogo. Nozdrza detektywa wydęły się.
— Czy czujecie coś, Parker? — spytał.
— Tak, sir — powiedział Parker — jakiś zapach w pokoju.
Czuć było lekki zapach fiołków.
Zabrał się pilnie do poszukiwania. Meble, powleczone płótnem, stały na swoim miejscu. Na oknach umieszczone były sygnały alarmowe przed włamywaczami; były zupełnie nienaruszone. W oknie ujrzał płaską szkatułkę wielkości około czterech calów kwadratowych. Sięgnął po nią i schował do kieszeni. Poznał zaraz na pierwszy rzut oka, do czego służyła. Była to szkatułka, w której biuro Cooksa umieszcza bilety kolejowe własnego wydawnictwa, wiedział zaś, że Comstock Bell w tym biurze zakupił bilety jazdy aż do Wiednia.