Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu, po czym na obliczu komisarza pojawił się lekki uśmiech.
— Mówiąc o anonimach — rzekł, ważąc każde słowo — odnosiłem to do każdego innego poza mną samym. Moja znajomość z panem, panie Gold, znacznie zwiększyła moje uznanie dla policji amerykańskiej.
— To był oczywiście Helder? — spytał Gold.
Tamten poprowadził go ku drzwiom i otworzył je przed nim.
— Zapominam — rzekł niepewnie. — Nie mogę nigdy spamiętać nazwisk.
Gold wyszedł na ludną ulicę. Miał plany dawno przygotowane i nie chciał tracić ani chwili.
Metody policji angielskiej są dobre, jednakże on miał swoją metodę. Mógł im śmiało powierzyć śledzenie Heldera, sam był jednak przygotowany na działanie przeciwne prawu, aby ukarać bezprawie. A jeżeli rzeczywiście Comstock Bell był głową tej organizacji... Zacisnął zęby.
Znał takie wypadki. Spotykał się z ludźmi, których majątek zwalniał z przymusu zbytniego wysilania się, którzy jednak, ulegając przekornemu instynktowi, dobijali się kariery w obszarze bezprawia, z początku dla zabawy, a następnie, gdy widzieli się tak oplątani dobrowolnie narzuconą na siebie siecią, że nie mogli już więcej z jej objęć się wydostać, brnęli dalej w bezprawiach w rozpaczliwej nadziei, że uda im się przerzucić ciężar swego szaleństwa na obce barki.
Przez całe popołudnie wysyłał depesze na różne strony. Agenci, rozproszeni po wszystkich częściach Europy, odpowiadali jeden za drugim.
O dziewiątej wieczór wyruszył wraz z dwoma ludźmi. Noc była zimna, chłodny wiatr wschodni zmuszał do wdziania najcieplejszego płaszcza. Wsiedli wszyscy trzej do automobilu czekającego na nich w zaułku z dala od brzegu. Bez żadnych poleceń szofer puścił maszynę w ruch.