Przy małych stolikach siedzieli ludzie, pracując w milczeniu, z wielką uwagą. Słychać tylko było monotonny klekot małej maszyny stojącej za przepierzeniem w rogu pokoju: — klik — klik — klik.

Robotnicy byli przeważnie cudzoziemcami, a pracę swą pełnili jako najlegalniejsze zajęcie rytowania płyt do artystycznej reprodukcji, która to czynność wymaga znacznej zręczności i pewnego oka. Płyty i wizerunki miały znajdować rynek zbytu w Europie — nie nadawały się dla angielskiego odbiorcy.

Małe podłużne paski papieru zadrukowanego, które maszyna umieszczona za przepierzeniem regularnie wyrzucała, nie miały popytu w Anglii, były to bowiem doskonale reprodukowane banknoty pięciodolarowe.

Maszyna była mała, o wiele mniejsza od zwyczajnej maszyny do drukowania banknotów. Miała mnóstwo walców i tłumików oraz przewodów na czerń drukarską z matematyczną dokładnością ograniczonych do potrzebnych rozmiarów, tak że noty45, które z niej wychodziły, były absolutnie bez zarzutu.

Krępy mężczyzna siedział na wysokim krześle obok maszyny, z cygarem w kąciku ust i rękami głęboko wpartymi w kieszenie od spodni.

Przyglądał się funkcjonującej maszynie z powagą, śledząc każdy ruch robotnika w białej koszuli, który układał noty w małe paczki i wiązał z wprawą. Gdy setka takich paczek została związana, wyciągnął rękę, by wyłączyć prąd, i maszyna stanęła.

— Na dziś wystarczy — rzekł.

Odsunął noty na bok i czekał, aż zdjęto płyty, starannie je wyczyszczono i zawinięto w papier. Wziął płyty i schował je do kieszeni wewnętrznej. Zabrał też resztę papieru banknotowego i gotowe noty, otworzył drzwiczki, prowadzące do ubikacji, w której ongiś było biuro artysty stolarza.

Otworzył kluczem schowek stojący w rogu i umieścił w nim paczki nowych not, zamykając potem starannie drzwi stalowe.

Wyjął z kredensu flaszkę i szklankę. Fałszerstwa banknotowe, uprawiane na wielką skalę jak dotąd, zaczynały wchodzić w stan niepewności46. Czuł się tym podenerwowany: za wiele było wokół słychać bicia na alarm, za wiele było tych chwil nieustannej obawy.