— Ktoś tam jest na dworze — szepnął.

— Pan zwariował — odparł drugi — nikt tam nie stoi.

Zgasił światło, przekręcił klucz i rozwarł prędko drzwi na oścież.

Na dworze nie było nikogo. Helder nie zadowolił się tym i wpatrzył się jeszcze raz przenikliwie w mrok podwórza.

— Ktoś tam jest na dole — rzekł.

Widział jakąś postać sunącą wzdłuż ciemnego muru. Dążyła do furtki, prowadzącej na tylną uliczkę za ogrodzeniem domu. Brown wydobył rewolwer, lecz tamten schwycił go za rękę.

— Szalony — powiedział — chcecie sprowadzić na nas cały Londyn? Za nim!

Zbiegł szybko ze schodów. Będąc na dole, usłyszał trzask zamku i przez jedną chwilę widział otwieranie furtki, przez którą przemknęła się mała postać w płaszczu. Przystanął i rzucił okrzyk za zbiegiem. Przebiegł dzielącą go przestrzeń, by spotkać się z zatrzaśnięciem furtki w tej właśnie chwili, gdy do niej dopadł.

— Macie klucz? — zawołał.

Brown obszukał swe kieszenie, wydobył klucz, włożył go w zamek ręką drżącą ze zdenerwowania i otworzył furtkę.