Zostawił po sobie sto morgów nieuprawnej ziemi, domek, który wybudował w myśl własnych planów, milowej długości prywatną drogę i nieszczęsnego wykonawcę ostatniej woli, którego obciążył tysiącem pośmiertnych zleceń. Biedak mógł sobie poradzić z pomocą sądu, wolał jednak pójść mniej legalną, lecz prostszą drogą interpretowania na własną rękę życzeń zmarłego. W szczególności oddał domek w ręce pierwszego z brzegu oferenta. Ponad wszelkie oczekiwania oferta, którą otrzymał, była niezwykle korzystna. Znalazł się ktoś, co oglądnął58 sobie okolicę, odkrył w domku i otoczeniu coś, co odpowiadało w zupełności jego życzeniom i zakupił gospodarstwo wraz z całym inwentarzem.

Opisując kupującego, pan Harlett, wykonawca testamentu starego Colletta, wyraził się o nim jako o miłym Amerykaninie, który upodobał sobie domek i pragnął uczynić zeń hotelik dla niedzielnych wycieczkowiczów. Nie zamierzał uprawiać gospodarki rolnej, tak powiedział panu Harlettowi, lecz kazał domek w zupełności wyporządzić, przemalować i umeblować.

Nie każdy wpadłby na pomysł urządzić z domku letnisko; wykonawca na pewno nie byłby miał tyle fantazji. Domek był zbyt ponury, o za grubych murach, czyniących wrażenie więzienia. Z zewnątrz był to wzór brzydoty, z wszelkimi cechami odpychającymi, o oknach wybitych w murze w regularnych odstępach i bramie przypominającej areszt. Całość uzupełniały kraty, które nie wiadomo w jakim celu kazał stary Collet wprawić do okien. Wnętrze było za to z pewnością mniej odpychające. Izba mieszkalna ciągnęła się od podłogi do dachu; wokoło biegł krużganek, na którym były organy — stary ekscentryk był bowiem czymś w rodzaju muzyka. Główny i jedyny pokój sypialny o tym przeznaczeniu znajdował się na parterze.

Na górze mieściła się komora niedostępna dla złodziei, o stalą wyłożonych ścianach.

Dostęp do niej był umożliwiony z dołu przy pomocy drabiny, albowiem nie prowadziły do niej żadne schodki. Amerykanin wydawał się z tego nawet zadowolony, przynajmniej nie zdradzał żadnej ochoty wbudowania schodów. Komora, ze swą solidną podłogą, była dostępna albo z parterowej sypialni, albo przez stalowe drzwi z krużganka biegnącego wokoło wzniosłej sali jadalnej. W tej komorze stary Collett trzymał pieniądze — nie ufał bankom ani ich nie popierał — mianowicie miał tam schowek wmurowany w grubą ścianę, a nowy właściciel uznał, że taki schowek może mu się dobrze przydać. Przychodził do domku w nieregularnych odstępach czasu, jak zauważyli sąsiedzi. Nie zatrudniał rąk w gospodarstwie. Stara kobieta, sprowadzona z oddali, prawdopodobnie z Londynu, sądząc po jej akcencie, była jedyną stałą mieszkanką, która utrzymywała dom w porządku. Lecz w jakiś czas później obyto się bez jej usług. Stało się to niespodziewanie i nowy właściciel Collettowskiej Niedorzeczności — tak nazywano w okolicy gospodarstwo starego ekscentryka — zdawał się doskonale obchodzić bez niej.

Bywał tam przelotnie, nigdy nie spędzał więcej jak jedną noc.

Pewnego razu zauważono, że dom był zamieszkany. Widziano jakiegoś ponuro wyglądającego człowieka wędrującego polami. Z jedynego komina, jaki dom posiadał, wychodziły smugi dymu. Prawie codziennie jakiś gość przyjeżdżał z Londynu, przebywał w domku godzinkę lub dłużej, po czym szybko odjeżdżał z powrotem w stronę Londynu. Czasem był to sam właściciel, czasem jego zastępca. Ci dwaj nigdy nie byli widziani razem, aż do tajemniczego pojawienia się Verity Bell w przebraniu chłopca owej nocy.

Padał deszcz ulewny, gdy Helder jechał do swojego domku wiejskiego. Sam siedział przy kierownicy, mając u bogu Tigera Browna. Nie zamienili ze sobą ani słowa podczas całej jazdy. O drugiej godzinie nad ranem Helder zwolnił biegu wozu, w miarę jak zbliżali się do skrzyżowania. Skręcił w uliczkę i zatrzymał maszynę przed ponurym domkiem. Na odgłos nadjeżdżającego automobilu z domku wyszedł człowiek, który momentalnie zniknął i powrócił z kluczem od dobudówki. Do niej Helder wprowadził wóz.

W mieszkaniu palił się silny ogień, mimo iż był czerwiec, i dwaj ludzie, przemoczeni i zziębnięci, stali przez chwilę w milczeniu. Trzeci obserwował ich z nachmurzoną miną.

— Będziemy przez jakiś czas bardzo zajęci — zagadnął go nagle Helder. — Macie dla Tigera inne ubranie?