— I zbyt brzydki — dodał Dick.
— O, nie mów tego o nim, zwłaszcza teraz gdy zginął — rozpłakała się Dora.
Po chwili gospodyni przyniosła nam paczkę, którą podobno zostawił u stróża „ten mały chłopczyk i polecił oddać panu Bastablowi”. Rozpakowawszy paczkę znaleźliśmy najlepsze buciki H. O., jego nową czapkę i krawat. Ścisnęły nam się serca.
— Czy nie było żadnej kłótni między wami? — zapytał zmartwiony ojciec.
Lecz w dniu weselnym nie mogło między nami zajść żadne nieporozumienie.
— A może mu któryś dokuczył, może zastraszył biedaka? — ciągnął zgnębiony tatuś.
Zrobiło nam się zimno, albowiem czytaliśmy nieraz w gazetach, jak młodzi samobójcy zostawiali najlepsze części garderoby owinięte w papier, a potem szli się utopić.
— Nikt mu nie dokuczał, przez cały dzień był wesół i przy apetycie — odpowiedzieliśmy jednogłośnie.
Dick pochylił się nad jednym z bucików i wyjął zeń biały arkusz papieru. Był to list od H. O.; poznaliśmy po krzywych literach charakter pisma najmłodszego braciszka.
List brzmiał: