Ala, która wyglądała strasznie z wypiekami na buzi i przekrzywionym kapeluszem, odpowiedziała, że tak i że nasz przyjazd do redaktora miał jedynie na celu powiedzenie mu, jak piękny jest rozdział o Geraldinie w pałacu dożów...
Ala zbyt pośpiesznie wyrzuciła z siebie tę wiadomość i nagle zamilkła. Oswald zbyt przejęty szczegółami toaletowymi nie odzywał się wcale. Gumka od kapelusza zaczęła mu się powoli zsuwać z tyłu głowy i bał się, że przy lada żywszym poruszeniu odskoczy w górę, a wtedy cały kapelusz wystrzeli jak z procy.
— Rzeczywiście — zwrócił się grzecznie redaktor — rozdział ten miał powodzenie, dziwne powodzenie. Otrzymałem nawet szesnaście listów, tak, moje panie, szesnaście listów, a wszystkie pełne zachwytu i uznania, pełne pochwał i uniesienia.
Mówiąc to, patrzył na buty Oswalda, który zapomniał ukryć je pod spódnicą. Teraz więc schował je pośpiesznie.
— To jest ładny rozdział — rzekła nieśmiało Ala.
— Tak by się zdawało — ciągnął redaktor — ale czternaście listów na szesnaście posiada ten sam stempel z Blackhead. Entuzjazm był czysto miejscowy.
Oswald bał się spojrzeć na Alę. Nie wiedział, jak przeniesie ten cios. Zdradzono nas, listy zostały wrzucone do skrzynki, która się znajduje na wprost naszego domu.
Ciężko było Oswaldowi na duszy, a ta gumka dokuczała strasznie.
— Jestem niezmiernie rad — mówił redaktor tym samym uprzejmym tonem — że widzę panie... Czy mogą mi panie powiedzieć, jak wielu jest spirytystów w Blackhead?
— Co takiego? — zapytała zdumiona Ala.