Wyszliśmy pożegnawszy się z nauczycielem, który milczał wzruszony.

Ale przez całą drogę z Moncalieri do Turynu nie mogłem sobie wybić z głowy tego więźnia z przyciśniętą do okienka twarzą, tego pożegnania z nauczycielem, tego kałamarza zrobionego w więzieniu, który mówił tyle, tyle rzeczy, i wszystko to mi się w nocy jeszcze śniło, i rankiem też myślałem o tym, nie domyślając się bynajmniej, jaka niespodzianka czeka mnie dziś w szkole.

Zaledwiem odrobił arytmetyczne zadanie na miesięczny egzamin siedząc obok Derossiego w mojej ławce, kiedym zaraz opowiedział koledze całą historię o więźniu i o kałamarzu, i jak ten kałamarz był zrobiony z tym piórem na kajecie i z tym napisem dokoła: „sześć lat”!

Zaledwiem to rzekł, Derossi skoczył i zaczął bystro patrzeć to na mnie, to na Crossiego, synka zieleniarki, który siedział w ławce przed nami, zgarbiony nad kajetem i zagłębiony w swoim zadaniu.

— Cicho! — wyrzekł nagle stłumionym głosem, chwytając mnie za ramię. — Wiesz? Crossi opowiadał mi przedwczoraj, że taki właśnie kałamarz widział ukradkiem w ręku ojca, który wrócił z Ameryki. Kałamarz był jak wieżyczka, ręcznie rzeźbiony, z wyobrażeniem kajetu i pióra; to ten sam! A te „sześć lat”, wiesz, co to mówił, że ojciec jego jest w Ameryce, to on był w więzieniu!

Crossi był wtedy zupełnie mały, nie pamięta! Matka kryła to przed nim i on o niczym nie wie... Zmiłuj się, nie piśnij ani słówka o tym!

Oniemiałem ze zdumienia, patrząc nieruchomo na zgarbione plecy Crossiego. A wtedy Derossi, który już skończył zadanie, przelazł pod ławką, usiadł przy Crossim, wziął mu z rąk opowiadanie miesięczne, które Crossi miał przepisać, żeby za niego odrobić tę pracę, pogłaskał go, uściskał, dał mu piórnik i ołówek, a ode mnie wziął słowo honoru, że nikomu nie powiem ni słowa. Kiedyśmy zaś mieli wychodzić ze szkoły, szepnął mi z pośpiechem:

— Ojciec jego był tu wczoraj, żeby go odprowadzić, i dziś pewno przyjdzie... Co ja zrobię, i ty rób także, pamiętaj!

Wyszliśmy na ulicę. Ojciec jego stał cokolwiek na stronie i czekał. Był to człowiek z czarną brodą, trochę już szpakowaty, licho odziany, z twarzą znędzniałą i zadumaną.

Derossi uściskał rękę Crossiego w taki sposób, że blady człowiek musiał to widzieć, i rzekł głośno: