Ale chory, popatrzywszy na niego uważnie, oczy zamknął.
— Tatusiu, co wam, tatusiu!... Ja jestem synek wasz, Szymuś!...
Wszkże chory nie poruszył się i tylko dyszał ciężko.
Wtedy, płacząc, przysunął sobie chłopiec stołek, usiadł i czekał, nie zdejmując oczu z twarzy ojca.
„Pewno doktor przyjdzie — myślał sobie — to mi co powie”.
I pogrążył się w smutnym rozmyślaniu przypominając sobie, jak to się ojciec w świat puszczał, jak się żegnał z dziećmi na statku, jak go potem wyglądali wszyscy z dobrą myślą i jak przyszła wiadomość, że chory, i jak matka wtedy gorzko płakała...
I znów przychodziły mu na myśl straszne rzeczy. Widział ojca swojego umarłym, matkę w żałobie, całą ich gromadkę w nędzy...
Długo tak siedział osłupiały, aż uczuł lekkie dotknięcie ręki na ramieniu. Odwrócił się żywo: była to zakonnica.
— Co jest mojemu ojcu? Na co chory? — zapytał z pośpiechem.
— To twój ojciec? — zapytała zakonnica.