— Tak, ojciec... Przyszedłem ze wsi... Co mu jest? Na co on chory?
— Nie smuć się, chłopcze! Bądź dobrej myśli. Zaraz tu przyjdzie doktor.
I oddaliła się, nic nie mówiąc więcej.
W pół godziny potem posłyszał dzwonek i ujrzał wchodzącego do sali doktora z asystentem swoim. Zakonnica i dozorca szli za nimi. Tak idąc przez długą salę zatrzymywali się przy każdym łóżku. Biednemu chłopcu zdawało się, że nigdy chyba do ojca jego nie dojdą, a za każdym krokiem lekarza trwoga jego rosła wraz z oczekiwaniem.
Nareszcie stanęli u sąsiedniego łóżka. Lekarz był starcem wysokim, przygarbionym nieco, a twarz miał poważną. Zanim się od owego łóżka oddalił, chłopczyna powstał ze stołka, a gdy się lekarz do ojca jego zbliżył, nie mogąc łez powstrzymać, zapłakał.
Stary pan popatrzył na niego.
— To synek chorego — rzekła zakonnica — przyszedł ze wsi dziś rano.
Lekarz położył chłopcu rękę na ramieniu, po czym pochylił się nad chorym, pomacał puls jego, dotknął czoła i zadał kilka pytań siostrze miłosierdzia, która odpowiedziała:
— Wszystko jak było...
Wtedy lekarz zamyślił się, po czym rzekł: